Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Aubrey szybko odepchnął od siebie oszalałego ze strachu marynarza i
zawołał: — Uspokój się, bałwanie i trzymaj ręce przy sobie. Ręce przy sobie, powiedziałem... W pobliŜu pływa duŜy rekin. Jeśli będziesz tak chlapał, na pewno się nami zainteresuje... Słowo ,,rekin" dotarło jakoś do zamroczonego strachem i alkoholem umysłu. Bolton przycisnął mocno łokcie do boków, tak jakby od siły tego uścisku miały zaleŜeć losy świata. Zesztywniał wyprostowany i Aubrey bez trudu utrzymywał go na wodzie. Pływali tak razem, kołysani falami, spokojnie czekając na zmierzającą w ich kierunku łódź. Bolton siedział na dnie szalupy, zawstydzony i ogłupiały. Co jakiś czas kaszlał gwałtownie, wypluwając wodę. Najwyraźniej chciał chyba jakoś ukryć swoje zaŜenowanie i gdy łódź dobiła do burty, zaczął udawać dziwną niemoc — koledzy musieli wnieść go na pokład. — Idźcie od razu na dół — polecił kapitan. — Stephen, mój drogi, masz kolejnego pacjenta. Myślę, Ŝe na wszelki wypadek powinieneś go zbadać. — Nasz topielec jest tylko trochę potłuczony — wyjaśnił doktor, wracając na rufę. Jack stał oparty o reling i suszył na sobie ubranie; widać było, Ŝe jest zadowolony z postępu prac przy takielunku. — śebra nie są połamane. Czy mogę ci pogratulować? Uratowałeś temu biedakowi Ŝycie. Łódź z pewnością nie zdąŜyłaby na czas. Byłeś naprawdę wspaniały, mogę cię tylko podziwiać... — Udało mi się, prawda? Świetnie nam idzie... — Jack wskazał ręką grotmaszt. —Jak tak dalej pójdzie, jutro będziemy mieli nowe Ŝagle. — Czy nie bałeś się rekina? — Stephen zapytał zaciekawiony. — Groziło ci przecieŜ śmiertelne niebezpieczeństwo... — Rekin? Och, przewaŜnie nie ma się czego obawiać. Te wszystkie opowieści o poŜeraniu ludzi są mocno przesadzone. Człowiek jest naprawdę zagroŜony dopiero wtedy, gdy krwawi. Rekiny interesują się głównie resztkami z kuchni. W Indiach Zachodnich skoczyłem kiedyś do wody i uderzyłem w grzbiet prawdziwego olbrzyma, a ten wcale nie zwrócił na mnie uwagi. — Powiedz mi, czy takie wydarzenie jak dzisiejsze ma dla ciebie jakiekolwiek znaczenie? Czy przywiązujesz wagę do podobnych rzeczy? — Raczej nie. Tak mi się przynajmniej zdaje. Bolton jest chyba dwudziestym drugim uratowanym przeze mnie człowiekiem. A moŜe dwudziestym trzecim? Dostałem nawet kiedyś za to złoty medal i pochwalny list. Medal zastawiłem w lombardzie... w Gibraltarze. — Nigdy mi o tym nie opowiadałeś. — Nie pytałeś mnie o to. Zresztą... nie ma w tym przecieŜ nic wielkiego. Trzeba tylko umieć odpowiednio złapać topielca i nie dać się wciągnąć pod wodę. Po uratowaniu czyjegoś Ŝycia człowiek staje się kimś lepszym, bardziej wartościowym. Teraz teŜ czuję coś takiego. To prawda. W ogólnym jednak rozrachunku podobne sprawy nie mają dla mnie większego znaczenia. Skoczyłbym za burtę ratować nawet psa, nie tylko doświadczonego marynarza. Gdyby było ciepło, skoczyłbym moŜe nawet na pomoc lekarzowi... Cha, cha, cha... Panie Parker, wydaje mi się, Ŝe moŜemy dziś w nocy zacząć przygotowywać szoty, a pierwszą rzeczą, jaką zrobimy rano, będzie pozbycie się kikuta po stermaszcie. Nareszcie wszystko zacznie wyglądać jak naleŜy. — Miejmy nadzieję, sir — powiedział pierwszy porucznik. — Myślę, Ŝe wybaczy mi pan brak naleŜnego powitania przed chwilą... Proszę przyjąć moje gratulacje; zaskoczył pan nas wszystkich swoją sprawnością i odwagą. — Dziękuję. Nie mogłem pozwolić, byśmy stracili tak doświadczonego marynarza. Bolton to jeden z naszych najlepszych ludzi. — Był pijany, sir. Mam go na swojej liście... — Myślę, Ŝe tym razem moŜemy mu darować, panie Parker... Te nowe bloki umocujemy tutaj, a gaje proszę poprowadzić od trzeciego pierścienia na kolumnie grotmasztu. 169 Wieczorem, gdy było juŜ zbyt ciemno, by ludzie mogli pracować i zbyt przyjemnie, by chciało się zejść na dół, doktor przypomniał sobie o wyczynie Jacka. — Czy nie wydaje ci się, Ŝe twoje wysiłki dla ratowania Ŝycia innych nie są doceniane? śe nie spotykasz się z prawdziwą, szczerą wdzięcznością? — Skoro juŜ o tym wspomniałeś... Rzeczywiście, myślę, Ŝe czasami naleŜy mi się podziękowanie — zgodził się Jack. — ChociaŜ... RóŜnie to bywa. Są ludzie, którzy przywiązują wielką wagę do podobnych spraw. Weźmy na przykład Bondena. Jak zapewne pamiętasz, uratowałem mu Ŝycie na Morzu Śródziemnym. Udowodnił juŜ kilka razy, Ŝe o tym pamięta... Pozostali nie przejmują się zbytnio. Jeśli mam być szczery, nie wiem, jak sam zachowałbym się w podobnej sytuacji. Chyba Ŝe zostałbym uratowany przez przyjaciela... Przez kogoś, kto wiedziałby, Ŝe ratuje właśnie mnie i tylko dlatego podjąłby trud oraz ryzyko. Nie... — Kapitan urwał i zrobił mądrą minę. — Moim zdaniem, przy wyciąganiu ludzi z morza jedyną nagrodą jest samozadowolenie i poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Umilkli obaj, zajęci własnymi myślami. Za rufą okrętu srebrzył się kilwater, wysoko nad Portugalią migotały gwiazdy. — Zdecydowałem się wreszcie — oświadczył Stephen, uderzając dłonią o kolano. — Powziąłem w tej chwili bardzo konkretne postanowienie: muszę nauczyć się pływać! — Wydaje mi się, Ŝe juŜ jutro uda nam się postawić nowe Ŝagle — zauwaŜył Jack. — Nowe Ŝagle całkiem dobrze pracują — wesoło oznajmił Macdonald. — Czy kapitan jest zadowolony? — zainteresował się Maturin. — Jest w siódmym niebie. Nie ma, co prawda wystarczająco silnego wiatru, by moŜna je było do końca wypróbować, lecz nasz dowódca ma teraz wyraźnie lepszy humor. Czy nie
|
Wątki
|