Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Z otwarÂtymi ustami, z rÄ™kÄ… siÄ™gajÄ…cÄ… przez stolik do dÅ‚oni Duncana, spostrzegÅ‚a Billa i Emily wchodzÄ…cych do Å›rodka. Che i Emma, pomyÅ›laÅ‚a o nich. Pieprzeni rewolucjoniÅ›ci.
Co my tutaj robimy? - zapytaÅ‚a Megan siebie samej. Ale nie miaÅ‚a czasu, by znaleźć odpowiedź. Emily trzymaÅ‚a wielkokalibrowÄ… strzelbÄ™ w pozycji "prezentuj broÅ„". GwaÅ‚townym ruchem odciÄ…gnęła zamek zaÅ‚adowujÄ…c nabój. Megan poczuÅ‚a sopel lodu w żoÅ‚Ä…dku. - Już czas - powiedziaÅ‚a Emily zimnym, spokojnym gÅ‚osem. - Czas siÄ™ zbierać. - Do biegu, gotowi, start - dodaÅ‚ Bill. - Wokół szyi owinÄ…Å‚ kolorowÄ… chustÄ™, żeby ukryć szramÄ™. - Czas ruszać. Do ataku. W nagÅ‚ej, niemal bezdennej rozpaczy Megan patrzyÅ‚a, jak Duncan wsuwa magazynek z nabojami do pistoletu i podnosi siÄ™. ZatknÄ…Å‚ broÅ„ za pasek. PoczuÅ‚a gwaÅ‚towny zawrót gÅ‚owy. A potem oboje, Duncan i Megan, czujÄ…c siÄ™ jakby zostali raptownie wyrzuceni przez przypÅ‚yw morza, wyszli w Å›lad za Billem i Emily. Przed zakÅ‚adami American Pesticide na Sutter Road, niedaleko głównego wejÅ›cia, dwaj mężczyźni zaparkowali starÄ… opancerzonÄ… furgonetkÄ™ i weszli do Å›rodka kierujÄ…c siÄ™ do biura ksiÄ™gowego. Jeden z nich byÅ‚ korpulentny, pod sześćdziesiÄ…tkÄ™, twarz miaÅ‚ czerwonÄ… z wysiÅ‚ku. Jego towarzysz byÅ‚ masywny, poÅ‚owÄ™ od niego mÅ‚odszy. PoruszaÅ‚ siÄ™ energicznie, naÅ‚adowany nerwowÄ… energiÄ…. ZdjÄ…Å‚ jasnoniebieski kapelusz w stylu policyjnym, przeÂczesaÅ‚ rÄ™kÄ… wÅ‚osy, po czym naÅ‚ożyÅ‚ kapelusz z powrotem. Starszy chwyciÅ‚ go w koÅ„cu za ramiÄ™, żeby zwolniÅ‚. - Przyhamuj trochÄ™, Bobby. ChcÄ™ to robić do emerytury, ale jeÅ›li bÄ™dziesz tak pÄ™dziÅ‚, nie doczekam jej. PadnÄ™ martwy na atak serca. I spróbuj potem wyjaÅ›nić to szefom. - Przepraszam, panie Howard. Już zwalniam. - Mów mi Fred, Bobby. - Jasne, panie Howard. Dalej poszli korytarzem w umiarkowanym tempie. Po chwili starszy z nich odezwaÅ‚ siÄ™: - To chyba twoje pierwsze prawdziwe zadanie. WidzÄ™, że ponoszÄ… ciÄ™ nerwy. MÅ‚odszy przytaknÄ…Å‚. - Pewnie. Przez ostatnich parÄ™ miesiÄ™cy pilnowaÅ‚em w nocy sklepów. OdkÄ…d wróciÅ‚em z wojska w kwietniu. Ale to nie byÅ‚a prawdziwa robota, taka jak ta. - Tak, to prawda. ByÅ‚eÅ› za granicÄ…? - Tak. - BraÅ‚eÅ› udziaÅ‚ w jakiejÅ› akcji? - W paru starciach. Ale na ogół robiÅ‚em to, co inni - no wie pan, przemykaÅ‚em siÄ™ w dżungli nie widzÄ…c za dużo, starajÄ…c nie dać siÄ™ gÅ‚upio zabić. - To dlatego jesteÅ› taki nerwowy... - Nigdy przedtem nie przewoziÅ‚em żadnych pieniÄ™dzy. A zwÅ‚aszcza cuÂdzych. Starszy rozeÅ›miaÅ‚ siÄ™. - Przyzwyczaisz siÄ™, maÅ‚y, zroÅ›niesz siÄ™ z tym bagażem. MÅ‚odszy nie wydawaÅ‚ siÄ™ przekonany. - WziÄ…Å‚em tÄ™ robotÄ™ na przeczekanie. - ZÅ‚ożyÅ‚eÅ› podanie do policji? - Uhum. ZdawaÅ‚em egzaminy do lokalnej i stanowej. Mój wujek jest policjantem. To caÅ‚kiem niezÅ‚e zajÄ™cie. - Chwali ci siÄ™, maÅ‚y. Dzisiaj wiÄ™kszość mÅ‚odych nie chce mieć nic wspólnego ze sÅ‚użbÄ… w policji. ZapuszczajÄ… sobie wÅ‚osy i palÄ… trawkÄ™. A być policjantem, to dobra rzecz. Pomaga siÄ™ ludziom. Robisz to, co należy, wiesz, dla spoÅ‚eczeÅ„stwa i w ogóle. ByÅ‚em kiedyÅ› glinÄ…. - O rany, nie wiedziaÅ‚em. - Ano tak. W policji wojskowej w Korei, a później dwadzieÅ›cia lat w sÅ‚użbie w Parkersville. Tylko ja i trzech innych. WycofaÅ‚em siÄ™ parÄ™ lat temu i zaczÄ…Å‚em pracować dla Pinkertonów. Za osiem miesiÄ™cy bÄ™dÄ™ miaÅ‚ trzy emeryturki - wojsko, policja w Parkersville, no i ta robota. Co miesiÄ…c, jak w zegarku. - No, no, panie Howard, nieźle. I co ma pan zamiar wtedy robić? - KupiÄ™ sobie maÅ‚Ä… przyczepÄ™ i zabiorÄ™ siÄ™ z żonÄ… na jakiÅ› czas na FlorydÄ™. Mam zamiar zająć siÄ™ wreszcie wÄ™dkowaniem. - Rany, to brzmi fantastycznie. - Jeszcze jak! Starszy mężczyzna wskazaÅ‚ drzwi biura. - To tutaj. WidziaÅ‚eÅ› kiedyÅ› - zerknÄ…Å‚ na fakturÄ™ - dwadzieÅ›cia jeden tysiÄ™cy dziewięćset dwadzieÅ›cia trzy dolce i trzydzieÅ›ci siedem centów w jedÂnym miejscu? - Nie, proszÄ™ pana. - No to wÅ‚aÅ›nie zaczynasz edukacjÄ™. I nie bÄ…dź takim nerwusem, bo to nie jest aż taka suma. W żadnym wypadku. Poczekaj, aż bÄ™dziesz taszczyÅ‚ milion. MrugnÄ…Å‚ do niego i otworzyÅ‚ drzwi do pokoju ksiÄ™gowego. Weszli do Å›rodka. MÅ‚oda sekretarka przywitaÅ‚a starszego konwojenta. - Fred Howard, pięć minut później niż zwykle. Jak siÄ™ pan ma? - Åšwietnie, Marto. A któż to tak pilnuje zegarka? RozeÅ›miaÅ‚a siÄ™ i zapytaÅ‚a: - Co siÄ™ staÅ‚o z panem Williamson? - RozÅ‚ożyÅ‚a go grypa. - To może przedstawi mnie pan swemu nowemu partnerowi? Starszy mężczyzna zaÅ›miaÅ‚ siÄ™: - Jasne, Marto! To jest Bobby Miller, Bobby - poznaj MartÄ™ Matthews. MÅ‚odzi wymienili uÅ›cisk dÅ‚oni. MÅ‚ody mężczyzna wymamrotaÅ‚ niewyraźnie "halo". - Kiepsko siÄ™ starasz, powinieneÅ› umówić siÄ™ z tÄ… Å›licznÄ… pannÄ… na randkÄ™ - podchwyciÅ‚ starszy. Oboje mÅ‚odzi spÅ‚onÄ™li rumieÅ„cem. - Fred! - wykrzyknęła dziewczyna. - Ty niepoprawny stary tryku. Howard wybuchnÄ…Å‚ Å›miechem. - Sama nie wiesz, co mówisz. ZwróciÅ‚a siÄ™ do mÅ‚odego mężczyzny. - Niech pan nie zwraca na niego uwagi. On jest prehistorycznym stworem, który powinien zostać na pastwisku setki lat temu. Starszy Å›miaÅ‚ siÄ™ gÅ‚oÅ›no, zachwycony tym przekomarzaniem. - Czy pan bÄ™dzie siÄ™ tym teraz stale zajmowaÅ‚? - zapytaÅ‚a mÅ‚odszego. SkinÄ…Å‚ gÅ‚owÄ…. - Chyba tak. Przynajmniej dopóki nie dostanÄ™ nowego zajÄ™cia. - Ma zamiar być prawdziwym policjantem, Marto. I to dobrym. - To Å›wietnie - uÅ›miechnęła siÄ™. - NaprawdÄ™ Å›wietnie. Ja zostajÄ™ tutaj. MyÅ›lÄ™, że zobaczÄ™ pana nastÄ™pnym razem. Starszy konwojent zagwizdaÅ‚, zanim któreÅ› z nich zdoÅ‚aÅ‚o siÄ™ odezwać. Sekretarka zwróciÅ‚a siÄ™ do niego: - Dobra, Fred, wiesz gdzie sÄ… pieniÄ…dze. Podpisz tu, ty stary myszoÅ‚owie, i wynoÅ› siÄ™, zanim zamknÄ… bank. PatrzyÅ‚a na niego z uÅ›miechem, gdy bazgraÅ‚ swoje nazwisko na dokuÂmentach.
|
WÄ…tki
|