na nią, by ją udusić w kąpieli (bąbelki piany pękają na jej wargach), kiedy indziej, gdy królowa siedzi przed zwierciadłem, tak że ogląda własny zgon...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.

Czytelniku, przyjrzyj się snom Hamleta, spójrz jego oczami na tę zjawę, jej palce na
szyi matki: w ogrodzie, w kuchni, w salach balowych i szklarniach, w fotelach, łożach,
na stołach i podłogach, przy świadkach i bez nich, za dnia i w nocy, przed i po obiedzie,
gdy królowa śpiewa i gdy milczy, gdy jest odziana i naga, w łodzi, na koniu, na tronie,
na nocniku... pojmiesz wówczas, dlaczego książę nie widzi w niedawnej „odsieczy” koń-
ca, lecz zaledwie początek pełnego troski niepokoju, dlaczego nieustannie łamie sobie
głowę, szukając jakiegoś skutecznego sposobu, by pozbyć się tego lęku. Tak rodzi się in-
tryga poczęta przez potrzebę wynikającą z nienawiści; impulsem była królewska szpi-
cruta, która smagała jego królewskie pośladki, wymierzając im takie yorickowanie, ja-
kim często obdarzał błazna.
Intryga zaczyna się koncentrować wokół Yoricka: rozgoryczony Hamlet użyje błazna
jako narzędzia zemsty.
Widzimy teraz, jak łączą się dwie nienawiści: w umyśle Hamleta wściekłość złącza
(można by powiedzieć: poślubia) Ofelię z królem. Książę dochodzi do wniosku, że jego
wielki gniew może zabić obydwa ptaszki (jest to bowiem gniew Meduzy, który potrafi
yorickowate ciało przemienić w granit).
W końcu słyszymy, jak książątko, chodząc dookoła komnaty, cedzi przez zęby ponu-
rą zagadkę:
Ni ciecz — to, ni materia stała, ni powietrze lotne.
Smaku, zapachu i wymiaru całkiem pozbawione,
Szlachetnym i nikczemnym celom służyć może,
Do ucha zaś je komu zadaj, wnet zimny, niebożę. *
*Przekład M. Słomczyńskiego, W. Shakespeare, Tragiczna historia Hamleta księcia Danii, Wydawnic-two Literackie 1978.
38
39
Gratuluję. Twoja wyobraźnia, czytelniku, w której wylęgły się wszystkie te mroczne domysły (ja bowiem przysiągłem milczenie), okazała się bardziej płodna i przekonują-
ca od mojej.
Twoje domysły są tak akuratne, że niewiele pozostało mi do dodania. Mogę tyl-
ko wyprowadzić Hamleta i Yoricka, tego pierwszego na grzbiecie tego drugiego, jak to
mają w zwyczaju, na plac pod Elsynorem. Tam też młody książę wlewa do błaznowego
ucha magiczną truciznę, która sprawia, że Yorick doznaje błazeńskich urojeń.
Rozumiesz już wszystko. Zjawia się duch żyjącego ojca Hamleta, aby nękać biedne-
go Yoricka; ten sam jad wywołuje drugiego żywego ducha: Ofelię, żonę Yoricka, odzia-
ną niedbale. Jej ciało w przejrzystym, ektoplazmatycznym przepychu splata się z cia-
łem króla!
Cóż to za książęca trucizna?
Rozwiąż tę zagadkę, czytelniku, a będziesz wiedział... Nie warto, sam ci to powiem...
Było to SŁOWO.
O, śmiercionośny jadzie! Tak niepozorny, a jakże zdradliwy, nie ma na cię antido-
tum. Krótko mówiąc, Hamlet wmówił błaznowi swojego ojca, że Horwendillus i Ofelia,
że pani Yorickowa i król... Nie, nie odważę się wymówić tego okropnego słowa określa-
jącego taki postępek, chociaż w rzeczywistości nikt się go nie dopuścił! A może (w tym
miejscu papier jest zamazany dawno wyschłymi łzami lub inną słoną cieczą) okrutny
chłopiec przedstawił „dowody”: złote zatyczki do nosa, zawinięte w podrobiony billet
doux? A może w chusteczkę? To nieistotne. Stało się: Yorick jest głupcem zwielokrot-nionym. Zawodowy błazen został podwójnym głupcem, ponieważ dał się księciu wy-
strychnąć na dudka oraz (bo wydawało mu się, że i domniemani kochankowie mają go
za durnia) wyszedł na osła o najbardziej głupkowatej aparycji z powodu rogów sterczą-
cych między uszami.
Najdziwniejsze, że (oto najmroczniejsze jądro tej sprawy) zostając Błaznem Faktycz-
nym, poświęcił swoje przywileje Błazna Zawodowego. Błazen bowiem należał do szcze-
gólnego gatunku trefnisiów, któremu strój błazeński dawał przywilej mówienia rze-
czy mądrych, które bawią, głoszenia prawdy bez ryzyka utraty głowy, na której pobrzę-
kiwały dzwoneczki. Nadworni trefnisie rzeczywiście odznaczali się mądrością, wielką
mądrością, ponieważ wiedzieli, w jakich żyją czasach. Tym razem jednak nasz mądry
Yorick zmienia się nie do poznania: otumaniony przez księcia, zaczyna odgrywać rolę
głupca — robi to najlepiej, jak potrafi, czyli wygłasza tyrady i grzmi, z całą powagą pew-
nego swych podejrzeń zazdrosnego małżonka.
Taki też był zamiar Hamleta: doprowadzić błazna do zgubnego szaleństwa. Jak już
mówiłem, widział w trefnisiu swojego drugiego, błaznującego ojca: teraz ten zastępczy
38
39
ojciec, zatruty jadowitym słowem, staje przeciwko królewskiemu rodzicowi.
Oto, co było dalej:
Horwendillus śpi samotnie w swoim Getsemani. Wchodzi Yorick z fiolką trucizny.
Jad, który Hamlet wlał mu do ucha, przeciekł w tajemniczy sposób do buteleczki. Teraz
znalazł się w królewskim uchu. Tak oto mamy nieżywego Horwendillusa. Ofelia nato-
miast, oskarżona i odtrącona przez Yoricka, odchodzi od zmysłów i błąka się po pała-
cu w aurze ukwieconego szaleństwa, aż umiera z żalu. Jej obłęd dostarcza klucza Klau-
diuszowi, który ostatecznie odkrywa całą zbrodnię, co kończy się ścięciem Yoricka. I na
tym historia się zamyka.
Lecz kryje się w niej pewna tajemnica, czyjaś niewidzialna ręka! Ktoś, czyjego imie-
nia nie mogę zdradzić, zdobył odciętą głowę. Dzięki łapówkom i szeptom udało mu się
ją pogrzebać w tym samym miejscu, w którym po wielu latach książę stanie oko w oko
ze swoim, głupkowato uśmiechniętym, kościanym poczuciem winy. W ten sposób ów
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.