Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Teraz już byli na Czerniakowie sami jedni - żołnierze “Zośki” i “Parasola”, resztki “Czaty” i oddziału Kryski oraz berlingowcy, skupieni na czterech stanowiskach: przy Wilanowskiej 18, Wilanowskiej 5, Wilanowskiej 1 i Solec 53. Pierwsze z tych stanowisk - Wilanowska 18, niedawne miejsce postoju i dowództwa Czerniakowa, było najostrzej atakowane, najbardziej zniszczone i praktycznie już nie do utrzymania. Szczególnie gdy berlingowcy pod naporem nieprzyjaciela opuścili sąsiednie domy po parzystej stronie ulicy. Praktycznie równało się to izolacji stanowiska. Minione popołudnie upływało w nieustannych atakach niemieckich właśnie przez te sąsiednie domy i przez podwórze. Jerzy postanowił przed świtem opuścić Wilanowska 18. Był tylko jeden sposób wycofania się stąd: należało przejść rowem łącznikowym do Wilanowskiej 14 i stąd przebiec na drugą, nieparzystą stronę ulicy przez ogień zaporowy nieprzyjacielskiej broni maszynowej, która także nocą co kilka minut okazywała dowód swej czujności. Płytki wykop przez ulicę był zryty pociskami dział szturmowych. Nie nadawał się właściwie do użytku. Oddział Czarnego Jasia otrzymał zadanie poszerzenia wybiegu z budynku Wilanowska 14 na ulicę, naprzeciwko magazynów ,,Społem”. Wycofanie się w tym miejscu, od piwnicy, a nie przez bramę, do której wstrzelali się Niemcy, zwiększało szansę pomyślnego odwrotu. Oddziału Jasia nie stanowili już chłopcy, na czele których włączył się przed dwoma tygodniami do,,Zośki”, nie istniały już teraz tradycyjne kompanie, plutony, drużyny. Ubytek ludzi był tak znaczny, że trzeba było ciągle przeformowywać się. Nie zachowała się nawet odrębność “Parasola” i “Zośki”. Poszerzanie wybiegu skończono. Któryś z żołnierzy powiedział: - Skaczmy pierwsi na drugą stronę, póki spokój. - Nie, nie, nie, nie, nie - szybko i nerwowo sprzeciwił się Czarny Jaś. - Trzeba najpierw przerzucić rannych. Irka, biegnij do Lutowej, powiedz, że gotowe. Niech natychmiast zajmie się przerzuceniem Jeremiego i Lutego. Zajazgotał długą serią nieprzyjacielski cekaem. Rozbłysło w górze światło rakiety. Z trzaskiem pękł pocisk granatnika. - Jaś, poślij kogo innego. Nie chcę cię zostawiać. - Milcz! - krzyknął wysokim głosem Jaś. - Natychmiast wykonuj rozkaz! Irka skurczyła się i zaszeptała cicho koło twarzy męża: - Jaś, kochany... uspokój się... uspokój się... już idę. Mężczyzna odetchnął kilka razy głęboko i przetarł dłonią czoło. - Pośpiesz się, Irka - powiedział opadłym, znużonym głosem. Kilku rannych, także Jeremiego i Lutego udało się przerzucić bezpiecznie na drugą stronę ulicy. Gdy biegł Paweł “od piata”, zajazgotał cekaem. Paweł uszedł cało, lecz ten, co podążał za nim, padł na chodnik. Cekaem umilkł na chwilę. Z otworu piwnicznego sypnęło się równocześnie kilku następnych, a cekaem odezwał się natychmiast zajadle, niemilkliwie. Rozległy się także strzały karabinów. Jedna po drugiej wybuchały teraz rakiety oświetlające jaskrawo ruiny Wilanowskiej 14, otwór, przez który wyskakiwali powstańcy, ulicę, posesję “Społem”. Powstańcy usiłowali wyzyskać każdą chwilę milknięcia cekaemu i każdą chwilę ciemności, aby przeskakiwać ulicę i przekradać się przez ruiny “Społem”, przez jakieś dziwaczne podwórze pełne beczek i figur kamiennych - ku Wilanowskiej 13. Zaczynało świtać. Pozostali w opuszczanym stanowisku denerwowali się i wybiegali przedwcześnie. Na ulicy leżało już kilku zabitych. Paru ciężej rannych usiłowało wyczołgać się. Ktoś jęczał nieznośnie na terenie “Społem”. Jaś wycofywał się jeden z ostatnich. Przy nim stała gotowa do skoku Irka. Prócz nich nie było już żołnierzy w ruinach. W pewnej chwili cekaem przerwał długą serię strzałów. Jaś zgiął się do biegu, ale serce zakołatało mu gwałtownie, mięśnie zwiotczały. Zawahał się. Nie wybiegł. Stał oparty plecami o ścianę i szybko oddychał. Karabin maszynowy już grał znowu. Irka wzięła męża za rękę. - Skoczymy razem, dobrze? - Daj spokój - powiedział cicho. - To zaraz minie. Pobiegnę sam. - Ale przede mną. Koniecznie przede mną. Cekaem zamilkł. - Już, już - zaszeptała Irka. Jaś wybiegł i przygarbiony sadził wielkimi krokami przez jezdnię. Kula dosięgła go na chodniku, po drugiej stronie ulicy. Upadł. Irka w biegu chwyciła męża za panterkę i wciągnęła za mur “Społem”. Tu, przy pomocy sanitariuszki oczekującej na zakończenie ewakuacji, odszukała ranę i gorączkowo pomagała sanitariuszce zakładać opatrunek. Jaś stracił przytomność i trudno było rozeznać się w niebezpieczeństwie urazu. Gdy kończyły przewiązywanie rany, błysnęło coś przy nich, rozległ się ogłuszający huk, grudki ziemi i kawałki cegieł uderzyły w Irkę. Zasłoniła sobą Jasia, ale kiedy po opadnięciu kurzu spojrzała nań, zdrętwiała z przerażenia: panterka męża była cała we krwi. Krew sączyła się strugą na ziemię. Czarny Jaś nie odzyskał przytomności. Zmarł na rękach Irki. Młoda kobieta złożyła ostrożnie głowę męża na ziemi, położyła się przy nim i przytuliła do ciała poległego. Nie płakała. Nie myślała - była samym tylko uczuciem. Dłonią nakryła ziębnącą dłoń Czarnego Jasia. Jazgotał po dawnemu karabin maszynowy. Wybuchały tu i tam pociski granatników.
|
Wątki
|