Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
— Nie, ukłoniłem się tylko. Głupio mi było. — Dlaczego?!!! — No wiesz, w tamtych czasach ja jej mówiłem „ty”, a ona do mnie z szacunkiem „panie inżynierze”. To jak miałem rozmawiać teraz? — Trzeba ją było o to zwyczajnie zapytać… Błysnęło mi nagle przypomnienie. Beata Maćka pamiętała. Powiedziała coś kiedyś o chłopaku, który ją bardzo zainteresował i nawet nabrała co do niego nadziei, chociaż była już zaręczona z Henrykiem. Wolałaby go niż Henryka, ale on się nagle jakby wycofał, pewnie jej nie chciał. Szkoda — powiedziała smętnie. — A w ogóle ty go znałaś… Nie podjęłam wtedy tematu, bo omawiałyśmy Przemysława i dopiero teraz przyszło mi do głowy, że mówiła przecież o Maćku! — Trąba jerychońska jesteś i tylko mężczyzna może być taki tępy — oznajmiłam z irytacją i sięgnęłam po następną butelkę piwa. Ciemno się już zrobiło prawie zupełnie, Maciek tego nawet nie zauważył, zajęty wypytywaniem o Beatę. Nie zapalałam reflektorów, wzrok się stopniowo do tego zmroku przyzwyczajał i ciągle jeszcze coś było widać. Zamilkliśmy w końcu, on się zamyślił prywatnie, ja zaś niejako urzędowo. Nadchodząca noc zaczynała mnie niepokoić, nie miałam chęci spędzić jej w samochodzie, obmacywanie w ciemnościach okolicznych drzew w poszukiwaniu dziupli nie wydawało mi się zajęciem upragnionym, a oddalenie się z tego miejsca wykluczałam kategorycznie. Dusza mi mówiła, że to nie będzie dobrze i w ogóle coś tu nie gra. Samochód stał w głębokim cieniu. Brudny był dostatecznie, żeby bardzo nie błyszczeć, na pierwszy rzut oka można go było nie zauważyć. Przed nami niewyraźnie majaczył cień drogi, prowadzącej gdzieś w głąb lasu. W absolutnej ciszy rozlegały się jakieś szmerki i popiskiwania, czasem coś cichutko trzasnęło. Bezszelestnie, jak szary duch, przepłynęła sowa. Popatrzyłam za nią, znikła wśród drzew, popatrzyłam dalej i dostrzegłam, jak na drodze coś się poruszyło. Nie ptak, bo nisko. I nie zwierzę, bo pionowe. Człowiek! Zupełnie jakby człowiek przemknął lasem z jednej strony drogi na drugą. Puknęłam Maćka w łokieć. — Widziałeś? — wyszeptałam niespokojnie. — Tam ktoś jest! Maciek ocknął się z zamyślenia. — Co? — Tam ktoś chyba jest, mówię! Na tej drodze coś się ruszyło. Nie widziałeś? — Nic nie zauważyłem. Poświecić może? — Nie chcę, zobaczy nas. Trzeba się zastanowić. Ktoś tu się pęta. — Może Mentalski wraca? — Nie skradałby się chyba dookoła własnego domu? Mnie się wydaje, że to się skradało… — Jesteś pewna? — Tak wyglądało… Słuchaj, coś mi się tu nie podoba… — Mnie też nie. Gdzie ten Mentalski mógł się podziać? Nie wyjechał chyba, okna otwarte… — Ja tu nie siedzę. Te szyby nie są kuloodporne. Słuchaj, jak myślisz? Miałby do nas dużą pretensję, gdybyśmy się wdarli do jego domu i poczekali na niego w środku? Maciek się zawahał. — Czy ja wiem… Myślę, że chyba nie… Oknem…? — Jak się nie da drzwiami, to oknem. Poza tym zachowamy się taktownie i nie spowodujemy żadnych szkód. No…? Po krótkim namyśle Maciek zaaprobował pomysł. Alternatywą było ganianie po ciemnym lesie tego czegoś, co przelazło przez drogę i mogło być niebezpieczne. Czatowało może, żeby nas trzasnąć…? — Z dwojga złego wolę stracić samochód niż życie — powiedziałam stanowczo i wysiadłam. — Czekaj, weźmy latarki… Podeszłam pod otwarte okno i poświeciłam, oceniając trudności techniczne. Maciek wszedł na ganek. — Może on zwyczajnie zasnął i śpi? — powiedział z powątpiewaniem i załomotał pięścią. Wzruszyłam ramionami, bo pukanie do drzwi i walenie długim patykiem w szybę mieliśmy już odpracowane na początku. Maciek odwrócił się, zaczął schodzić z ganku, świecąc sobie pod nogi i nagle zatrzymał się. Zeskoczył ze schodków i przykląkł. — Hej, co to znaczy? Chodź tu! W trawie na skraju ścieżki leżał klucz. Wyglądał jak zwyczajny klucz od drzwi. — Błysnęło mi jak poświeciłem — powiedział Maciek. — ten klucz jest nowy. Co to może znaczyć?
|
Wątki
|