ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY ÓSMY – Skąd, na demony, wzięło się tyle tej gównosiadzkiej kawalerii? – spytał Sof Knu, patrząc zza gęstych...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Z ciemnego nieba siąpił deszcz.
Ostatnie pięć dni minęło pod znakiem coraz większej frustracji. Plemię De’na dotarło do drogi prowadzącej do Przystani K’Vaerna, ale nie było tam jazdy zakutych łbów, chociaż na ziemi widniało trochę rozmytych przez deszcz śladów. Bomani złapali kilku mieszkańców lasu i próbowali wydobyć z nich informacje, ale wszyscy oni twierdzili, że nic nie wiedzą. W końcu jeden przyznał, że widział jakichś jeźdźców, ale miejsce, które wskazał, było tak blisko Sindi, że De’n oczywiście mu nie uwierzył i rozkazał swoim oprawcom ukarać go za kłamstwo. Ponieważ jednak wciąż wykrzykiwał to samo, wódz postanowił to miejsce sprawdzić. Trafił jednak tylko na te przeklęte patrole. Na szczęście gównosiady jeszcze go nie wypatrzyły.
– Możemy ich z łatwością zmieść – powiedział Knu. – Powiedz tylko słowo.
– Dobrze – warknął wódz, wyciągając toporek. – Kiedy tylko plemię się zbierze, zaatakujemy ich. Ich i wszystko, co stanie nam na drodze.
 
* * *
 
– Co to było? – Roger oderwał wzrok od mapy i zaczął nadsłuchiwać.
– Co? – spytała Despreaux. – Słyszę tylko deszcz.
– Strzały – odparł książę. – Na południowym zachodzie.
Wstał, próbując zlokalizować źródło odgłosów, ale krótka wymiana ognia już ucichła.
– Może ktoś strzelał do chrystebestii? – podpowiedział niepewnie Chim Pri.
– Może to jeden z patroli kawalerii – powiedział Roger. Spojrzał na zalany deszczem ciemny las i mimo mardukańskiego ciepła zadrżał. – Chim, na koń. Jedź na południowy zachód i zobacz, co tam się dzieje. Jeśli ci się uda, znajdź ten patrol i dowiedz się, dlaczego strzelali.
– Już nie strzelają – zauważył Turkol Bes.
– Wiem. Mimo to chcę wiedzieć, dlaczego strzelali.
– Już idę – powiedział Pri, wbijając wzrok w mokrą, nieprzeniknioną ciemność. – Ale bądźcie gotowi szybko do nas dołączyć w razie jakichś kłopotów.
– Będziemy – zapewnił go Roger i włączył komunikator hełmu. – Sierżancie Jin?
 
* * *
 
– My też słyszeliśmy, sir – powiedział sierżant. – Prawie dokładnie na zachód od nas słyszeliśmy strzały. To brzmiało tak, jakby któryś z patroli wpadł na coś dużego.
– Atul – spytał książę.
– Nie sądzę, sir. Miałem właśnie porozumieć się z kapitanem Pahnerem, kiedy pan się odezwał.
– Wysyłam tam moją kawalerię, zobaczymy, co znajdą – rzucił książę. – Połączcie się z kapitanem i zameldujcie o sytuacji. MacClintock, bez odbioru.
Sierżant uśmiechnął się. Cokolwiek stało się w lesie, dzięki Bogu dodało księciu energii. Po raz pierwszy od śmierci Matsugaego wydawał się być sobą... i po raz pierwszy powiedział o sobie „MacClintock”.
 
* * *
 
Party warknęła niezadowolona, kiedy poganiacze zarzucili na nią uprząż.
– Wiem, malutka – powiedział Roger i poklepał ją uspokajająco pod pancerną kryzą. – Wiem, że jest ciemno. Ale dasz sobie radę.
Było bardzo ciemno. Chmury nie przepuszczały nawet światła księżyca. Książę obawiał się, że kiedy żołnierze odejdą od ognisk, nie będą niczego widzieć. Kawalerzyści mogą przynajmniej polegać na swoich civan, które znajdą drogę powrotną, ale nie można tego powiedzieć o piechocie.
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.