Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
— Bądź cierpliwa, już przechodzę do rzeczy. Mój facet był trochę wstawiony, kiedy to pisał, popił sobie na obiedzie, i po podaniu wiadomości, na której mi zależało, uraczył mnie bez potrzeby smakowitym opisem obiadu. No wiesz, jakie były przemowy i jak się wygłupił jakiś sławny powieściopisarz i dramaturg. I dodał, że miał fatalne miejsce przy stole. Po obu stronach miał puste miejsca, po jednej miała siedzieć Ruby McAlmott, ta okropna baba od bestsellerów, a po drugiej ten specjalista od seksu, Martin Dering. Tak więc przesunął się bliżej pewnego poety, dobrze znanego w Blackheath, i jakoś sobie radził. Widzisz teraz, do czego zmierzam? — Charles! Mój kochany! — Emilia z emocji wpadła w ton liryczny. — Jak cudownie! Więc tego brutala w ogóle nie było na obiedzie? — Właśnie. — Na pewno dobrze zapamiętałeś nazwisko? — Jestem tego pewien. List niestety podarłem, ale w każdej chwili mogę zatelegrafować do Carruthersa, aby się upewnić. Jestem jednak przekonany, że się nie mylę. — Jest jeszcze oczywiście wydawca — powiedziała Emilia. — Ten, z którym spędził popołudnie. Ale to chyba wydawca, który miał właśnie wracać do Ameryki, a jeżeli tak, sprawa wygląda podejrzanie. To znaczy, wygląda tak, jakby wybrał kogoś, kogo o nic nie można spytać bez zadania sobie wielkiego trudu. — Naprawdę sądzisz, że trafiliśmy w dziesiątkę? — spytał Charles Enderby. — Na to wygląda. Myślę, że najlepiej będzie udać się z tym wprost do tego przemiłego inspektora Narracotta i po prostu opowiedzieć mu o tych nowych faktach. Przecież nie możemy złapać amerykańskiego wydawcy, który jest teraz na statku, na jakiejś Mauretanii, Berengarii czy jeszcze innym. To zadanie dla policji. — Słowo daję, jeżeli to wyjdzie… Co za bomba! — wykrzyknął pan Enderby. — Jeżeli to wyjdzie, „Daily Wire” nie może mi zapłacić mniej niż… Emilia bezlitośnie przerwała te marzenia o wierszówce. — Nie wolno nam tracić głowy — powiedziała — i zapominać o innych ważnych rzeczach. Muszę pojechać do Exeter i chyba nie będę tu mogła wrócić wcześniej niż jutro. Ale mam dla ciebie zadanie. — Jakie zadanie? Emilia opisała swą wizytę u pań Willett i przytoczyła dziwne słowa usłyszane na odchodnym. — Musimy się bezwzględnie dowiedzieć, co tam się zdarzy tej nocy. Coś wisi w powietrzu. — Co za niezwykła sprawa! — Prawda? Ale oczywiście może to być po prostu jakiś zbieg okoliczności. A może i nie; zwróć uwagę, że z domu usunięto służbę. Coś dziwnego wydarzy się tam dziś w nocy i musisz być na miejscu, aby zobaczyć, co się stanie. — Mówisz, że mam spędzić całą noc dygocąc pod jakimś krzakiem w ogrodzie? — No cóż, poświęcisz się przecież, nieprawdaż? Dziennikarze nieraz robią różne rzeczy dla dobra sprawy. — Kto ci tak powiedział? — Nieważne kto, wiem i już. Zrobisz to, prawda? — No cóż, tak — powiedział Charles. — Nie mogę niczego przegapić. Jeżeli dziś w nocy ma się zdarzyć coś dziwnego w Rezydencji Sittaford, będę na miejscu. Emilia opowiedziała mu następnie o nalepce na bagażu. — Zastanawiające — stwierdził pan Enderby. — W Australii przebywa ten trzeci Pearson, nieprawdaż? Ten najmłodszy. Oczywiście może to być bez znaczenia, ale… no cóż, może i istnieje jakiś związek. — Hm — powiedziała Emilia. — To chyba wszystko. A jakie wieści z twojej strony? — A więc — zaczął Charles — mam pewien pomysł. — Tak? — Problem w tym, że nie wiem, jak ci się spodoba. — Co przez to zrozumiesz? — Że nie będziesz zła, gdy ci powiem, dobrze?
|
Wątki
|