— A jeżeli nie? — spytał pułkownik...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.

— W takim wypadku zniknięciem diamentów zajęłaby się policja.
— A dlaczego nie rozmawiał z tą dwójką przed wezwaniem pana? — pułkownik Johnson zmarszczył czoło i skubnął wąsa.
— Nie, nie — inspektor pokręcił przecząco głową. — Bez mojej wizyty nie wypadłoby to przekonująco. Sprawca pomyślałby sobie, że skoro stary nie wezwał policji, to albo na razie nie ma pojęcia, kto buchnął diamenty, albo nie chce robić skandalu.
— Hm… Być może. Ma pan jakieś podejrzenia, kim mógłby być ten członek rodziny?
— Nie, sir.
— Proszę mówić dalej.
— Przyszedłem więc do rezydencji ponownie dokładnie kwadrans po dziewiątej. Właśnie kiedy wyciągnąłem rękę do dzwonka, usłyszałem krzyk, a potem głośne wołania i inne hałasy. Dzwoniłem kilka razy, pukałem również kołatką. Otworzono mi dopiero po trzech albo czterech minutach. Widząc twarz lokaja, nie miałem wątpliwości, że w tym domu musiało się wydarzyć coś strasznego. Trząsł się i wyglądał, jakby miał zemdleć. Zdołałem z niego wyciągnąć, że pan Lee został zamordowany. Popędziłem na piętro. Pokój pana Lee był w okropnym stanie, a on sam, z poderżniętym gardłem, leżał w kałuży krwi przed kominkiem.
— Nie mógł zrobić tego sam? — spytał Johnson.
— To niemożliwe, sir. Przede wszystkim, meble były powywracane, porcelana i inne naczynia potłuczone, no, pobojowisko! Natomiast brak jakiegokolwiek ostrego narzędzia, brzytwy czy noża.
— Tak, to wydaje się przesądzać sprawę — zgodził się pułkownik. — Czy ktoś był w pokoju?
— Prawie cała rodzina. Stali przy zwłokach.
— Co pan sugeruje, Sugden?
— Ciężka sprawa, sir. Wygląda na to, że zbrodnię popełnił ktoś z nich. Nie jest możliwe, by ktoś z zewnątrz mógł to zrobić. Nie miałby czasu na ucieczkę.
— A okna? Były otwarte czy zamknięte?
— Ten pokój ma dwa okna, sir. Jedno było całkowicie zamknięte i zablokowane. Drugie uchylone na kilka cali, ale zabezpieczone ogranicznikiem antywłamaniowym. Sam sprawdzałem. Te okna nie były otwierane od lat. Ściana na zewnątrz jest gładka, nie ma na niej bluszczu ani innych pnączy. Oknem nikt nie mógł wyjść.
— Ile jest drzwi do pokoju?
— Tylko jedne. Pokój znajduje się na końcu korytarza. Drzwi były zamknięte od wewnątrz. Kiedy usłyszano odgłosy walki i krzyk mordowanego starca, wszyscy popędzili na górę, ale do pokoju weszli dopiero po paru minutach, po rozbiciu drzwi dębową ławą.
— I kto był w środku? — spytał ostro pułkownik.
— W pokoju nie było nikogo oprócz starszego pana, zabitego nie więcej niż kilka minut wcześniej.
VII 
Pułkownik Johnson przyglądał się Sugdenowi dłuższą chwilę.
— Czy pan chce mi powiedzieć, inspektorze, że to jedna z tych historii, opisanych w lichych kryminałach, o facecie zamordowanym w zamkniętym pokoju przez siły nadprzyrodzone?
— Nie sądzę, żeby było aż tak źle, sir.
— Samobójstwo. To musiało być samobójstwo! — orzekł pułkownik.
— Ale czym on się zabił, panie pułkowniku? Gdzie jest narzędzie? Nie, sir, samobójstwo jest wykluczone.
— W takim razie którędy uciekł zabójca? Przez okno?
— Głowę daję, że nie.
— Więc przez okno nie, a drzwi były zamknięte od wewnątrz, jak sam pan mówił.
Inspektor skinął głową, wyjął z kieszeni klucz i położył na stole.
— Nie ma odcisków palców — poinformował. — Proszę jednak popatrzeć przez szkło powiększające.
Poirot pochylił się nad stołem. Razem z pułkownikiem uważnie oglądali klucz.
— Na Jowisza, już wiem. Poirot, widzi pan te drobne zadrapania na końcówce?
— Widzę, naturalnie. Z tego wynika, że drzwi zamknięto jednak od zewnątrz. Sprawca wsadził do dziurki od klucza jakieś proste narzędzie, może nawet zwykłą, małą pincetę, schwycił nim końcówkę klucza i przekręcił.
— Tak to musiało być — pokiwał głową inspektor.
— Chodziło o to, by rzecz wyglądała na samobójstwo, skoro nikogo oprócz denata nie było w pokoju, a drzwi zostały zamknięte kluczem wsadzonym od wewnątrz? — spytał Poirot.
— Bez wątpienia, taki był plan mordercy — potakiwał Sugden.
— A to pobojowisko w pokoju? — Poirot pokręcił z powątpiewaniem głową. — Sam pan powiedział, że to wyklucza wersję samobójstwa. Sprawca, który chciał morderstwo upozować na samobójstwo, przede wszystkim starannie usunąłby ślady walki.
— Ale zabrakło mu czasu, panie Poirot. O to chodzi. Nie miał czasu. Możemy przypuścić, że liczył na zaskoczenie starszego pana, ale mu się nie udało. Wywiązała się walka, której odgłosy doskonale było słychać na parterze, co więcej, pan Lee wołał o pomoc. Wszyscy rzucili się na górę. Morderca zdołał jedynie wymknąć się z pokoju i przekręcić klucz od zewnątrz.
— To prawda — przyznał Poirot. — Pański morderca się jednak nie popisał. Czemu nie pozostawił narzędzia zbrodni? Bez noża lub innego ostrego narzędzia, leżącego w pobliżu nieboszczyka, nie można mówić o samobójstwie. Taki elementarny błąd!
— Zbrodniarze zwykle popełniają błędy — stwierdził beznamiętnie inspektor Sugden. — Tak wynika z naszego doświadczenia.
— Ale mimo partactwa — westchnął Poirot — nasz zbrodniarz uciekł.
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.