— Czy Bóg wiedział o duszach, Memnochu? — spytałem znów...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
— Czy On wiedział?
Odwrócił się do mnie.
— Jak mógł nie wiedzieć, Lestacie? — odparł. — Jak mógłby nie wiedzieć? Jak sądzisz, kto pofrunął do nieba, by mu o tym powiedzieć? Czyż On kiedykolwiek był zaskoczony, zdezorientowany zbity z tropu, poruszony, osłupiały, oświecony lub ogłupiały tym co przedstawiłem Jego Wszechwładnemu Majestatowi? — Znów westchnął i sprawiał wrażenie, jakby był bliski potężnego wybuchu emocji, przy którym wszystkie inne wydadzą się drobne i nieistotne. Zaraz jednak się uspokoił i zadumał.
Ruszyliśmy dalej. Las zmienił się, gigantyczne drzewa ustąpiły miejsca mniejszym, o smuklejszych gałęziach, tu i ówdzie widać było spłachetki wysokich, falujących traw.
W powietrzu czuło się zapach wody. Ujrzałem, jak podmuch wiatru porusza jego jasnymi, gęstymi włosami, odgarniając mu je z twarzy. Lekka bryza ochłodziła moją głowę i dłonie, ale nie serce. Ujrzeliśmy przed sobą głęboką, rozległą, dziką dolinę. W oddali widać było góry i zielone zbocza, gęste połacie lasów poprzetykane były tu i ówdzie polami porośniętymi pszenicą lub jakimś innym gatunkiem dzikich zbóż. Lasy sięgały wzgórz i podnóża gór, korzenie drzew wryły się głęboko w skałę; gdy zbliżyliśmy się do doliny, pomiędzy gałęziami spostrzegłem migocące refleksy światła odbijającego się w falach rzeki lub morza.
Wyszliśmy ze starej puszczy. To była cudowna i żyzna kraina. Wszędzie rosło mnóstwo żółtych i niebieskich kwiatów, które falując na wietrze, sprawiały wrażenie, jakby ich barwy tańczyły w powietrzu. Rosły tu głównie drzewa oliwne i owocowe, o niskich, poskręcanych gałęziach, z których przez wiele pokoleń zbierano owoce. Wszystko skąpane było w promieniach słońca.
Szliśmy wśród wysokich traw — być może dzikiej pszenicy — by dotrzeć na brzeg obmywany leniwymi, łagodnymi falami — woda była czysta i roziskrzona, fale, cofając się, odsłaniały widoczne na dnie niniejsze i większe kamienie.
Spoglądałem na lewo i prawo, lecz nie zdołałem dostrzec granicy tych wód, zauważyłem jednak przeciwległy brzeg i skaliste wzgórza opadające ku niemu i jakby ożywione za sprawą korzeni wszechobecnych zielonych drzew.
Odwróciłem się. Krajobraz za nami wyglądał tak samo. Skaliste wzgórza przeradzające się dalej w pasma gór, całe mile bardziej lub mniej stromych stoków, gaje owocowe i czarne, jak ziejące usta wejścia do jaskiń.
Memnoch milczał. Był zdruzgotany, zasmucony, wlepił wzrok w wodę i odległy horyzont, na którym majaczyły pasma górskie, zdające wznosić się tuż nad wodą niczym milczący strażnicy czuwający nad jej leniwymi falami.
— Gdzie my jesteśmy? — zapytałem. Odpowiedział dopiero po dłuższej chwili.
— Objawienia ewolucji zostały, przynajmniej na razie, zakończone. Opowiedziałem ci, co zobaczyłem, w ogólnym zarysie, a sam dowiesz się wszystkiego w najdrobniejszych szczegółach, kiedy umrzesz. To, co pozostało, stanowi sedno mojej historii i uznałem, że powinienem opowiedzieć ją właśnie tutaj. Tu, w tym przepięknym miejscu, choć tych rzek dawno już nie ma na ziemi, podobnie jak mężczyzn i kobiet, którzy przemierzali wówczas te okolice. A w odpowiedzi na twoje pytanie: „Gdzie my jesteśmy?” — powiem krótko: Oto miejsce, do którego On mnie strącił, gdy wyrzucił mnie w końcu z nieba. To miejsce mego upadku.
12 
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.