Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
– Muszę panu wierzyć – oburzał się adwokat – ale przyzna pan, że jako wydawca... – To zrobiono za moimi plecami. – W każdym razie Brzęczkowski wytacza wam proces. Grubo za to odpowiecie. No i będziecie musieli zamieścić sprostowanie. Józef obiecał zrobić wszystko, co będzie leżało w jego mocy, by dyrektorowi Brzęczkowskiemu dać pełną satysfakcję. W biurze siedział jak struty. Przed jedenastą wrócił do domu. Kazał przygotować czarną kawę, likier i papierosy. Pierwszy zjawił się doktor Żur. – Numer zrobił doskonałe wrażenie – powiedział z zadowoloną miną – możemy sobie powinszować. – Nie ja – zimno zaznaczył Domaszko. – O, a dlaczegoż to? – Przede wszystkim ten napastliwy ton, a poza tym skandal z Brzęczkowskim. – Ach, zna pan tego starego łajdaka? Józef podniósł brwi: – Wiem od osób wiarygodnych, że pan Brzęczkowski jest osobistością szanowaną i cieszy się jak najlepszą opinią. – Paweł Brzęczkowski – zdziwił się dr Żur – ta stara świnia? Co też pan opowiada! Szwindlarz i lichwiarz jakich mało. Podczas okupacji niemieckiej był denuncjantem i utrzymywał szulernię. Własną żonę odstąpił jeszcze przed wojną Purdowi za pięć tysiący rubli. – Niemożliwe! – Co znaczy niemożliwe! To wszyscy wiedzą. Ten jubiler Iwanowski obił go na ulicy po gębie nie dalej jak pół roku temu za szwindel z wekslem, a Brzęczkowski oblizał się i nawet nie pisnął. To przecież znana szuja. Może pan ciekaw wiedzieć, jak on doszedł do tej fabryki naczyń emaliowanych? Oszukał, panie, w najbezczelniejszy sposób wspólnika i sieroty po rodzonej siostrze. A pan go jeszcze broni? – Nie wiedziałem – cofał się Józef – ale pojąć mi trudno, w jaki sposób pan ten jest w takim razie radnym miejskim, przecież... Rozległ się dzwonek i po sekundzie wpadł do salonu Piotrowicz, a za nim drobnym kroczkiem Kamil Zenon Zaleski, tęgi barczysty jegomość o tłustej, błyszczącej twarzy i nadspodziewanie krótkich nogach, którymi przebierał tak nieznacznie, że patrzącemu z daleka wydawał się umieszczonym na kółkach. Dr Żur zaraz podjął sprawę Brzęczkowskiego, nie bez cienia ironii, powtarzając zastrzeżenia Domaszki. Piotrowicz z miejsca oburzył się: – Żartujecie, kolego?! – Telefonowano do mnie z pretensjami, więc... – Mam pretensje w pięcie! – Zwróciłem na to uwagę – bronił się Józef, gdyż grożono nam procesem. – Wkrótce się z tym otrzaskacie – zapewnił go Piotrowicz a jeżeli ten łotr ośmieli się 62 wytoczyć nam proces, no to winszuję mu. Zresztą mniejsza o to. Pękalski nie przyszedł? – Dotychczas nie. – Doktorze, zadzwoń pan do niego, Cóż u diabła sobie myśli! W chwili, gdy Żur wyszedł do gabinetu telefonować, zjawił się wreszcie Pękalski, kościsty brunet o szerokich ustach i małych, żbikowatych oczach. Przystąpiono do dyskusji na temat świeżo wydanego numeru. Po dłuższej wymianie zdań głos zabrał Kamil Zenon Zaleski i wystąpił z żądaniem rozszerzenia działu kultury i sztuki. – Jest to dziedzina najbardziej zachwaszczona i pełna hołoty. Tu trzeba wziąć się do systematycznej „czystki”. Czas skończyć z wszechwładztwem miernot literackich, z pacykarstwem i zrzępołami. – No więc pisz, któż ci nie daje – wzruszył ramionami Piotrowicz. Okazało się jednak, że Kamil Zenon przystąpił do pracy nad jakimś bliżej nieokreślonym dziełem i dlatego w „Tygodniku Niezależnym” musi hamować swój rozpęd twórczy. Natomiast proponuje zaangażowanie jeszcze kilku tęgich piór. – Tego nie ma w budżecie – kategorycznie zaoponował Piotrowicz – zresztą mamy przecież kolegę Domaszkę, którego rozsadza namiętność pracy. Józef zaczerwienił się: – Owszem, chętnie będę pisywał. – Zatem w porządku. Teraz musimy opracować następny numer. Postanowiono, że poza bieżącym materiałem, drugi numer przyniesie artykuł Piotrowicza o konserwatystach pt. „Żabie trzęsawisko”, pracę Pękalskiego o nowych prądach w filozofii pt. „Odrodzenie hedonizmu”, atak Zaleskiego na militarystyczne filmy i studium Domaszki pt. „Wpływ klasycyzmu w wierszu «Smutno mi, Boże» Juliusza Słowackiego”. Piotrowicz krzywił się trochę na to ostatnie, lecz wziąwszy pod uwagę rodowód autora i konieczność rozszerzenia działu kulturalnego, zgodził się. Po konferencji Józef powtórnie przejrzał numer „Tygodnika” i doszedł do przekonania, że ostatecznie zbyt pospiesznie nabrał do niego niechęci. Pismo wzięło na siebie ciężką i może
|
Wątki
|