Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Za jego pamięci alarm nigdy się jeszcze nie odezwał. Najpierw pomyślał, że satelita wykrył jakiś niebezpieczny układ meteorologiczny. Ale nie - alarm uruchomiły teleskopy obserwujące przestrzeń. Pojawiły się dziesiątki uzbrojonych statków, lecących z wielkimi, ale nie relatywistycznymi prędkościami, kursem pozwalającym na wystrzelenie systemu DM w ciągu godziny.
Dyżurny przekazał informację kolegom, po chwili trafiła do burmistrza Milagre. Pogłoski dotarły do pozostałych jeszcze mieszkańców. Kto nie odleci w ciągu godziny, ten zginie, brzmiała wiadomość. Po kilku minutach setki rodzin zebrały się wokół statków, czekając na ewakuację. To niezwykłe, ale wyłącznie ludzie próbowali ucieczki w ostatniej chwili. Wobec nieuniknionej śmierci własnych lasów ojcowskich, matczynych i braterskich drzew, pequeninos nie starali się ratować życia. Kim by byli bez lasów? Lepiej zginąć między drogimi sobie, niż żyć jako wieczny tułacz w dalekich lasach, które nie będą i nie mogą stać się własnymi. Co do Królowej Kopca, wysłała już córki i nie interesował jej odlot. Była ostatnią z królowych kopców żyjących przed zniszczeniem ich planety przez Endera. Uznała, że ona także powinna zginąć - jak tamte, choć trzy tysiące lat później. Poza tym, mówiła sobie, jak mogłaby żyć, skoro jej najlepszy przyjaciel, Człowiek, wrósł w Lusitanię i nie mógł jej opuścić? Nie była to królewska myśl, ale w końcu żadna z królowych nie miała dotąd przyjaciela. To coś nowego: móc rozmawiać z kimś, kto nie był w swej istocie nią samą. Życie bez Człowieka byłoby zbyt smutne. A że jej ocalenie nie było już kluczowe dla przetrwania gatunku, zrobi coś wielkiego, dzielnego, tragicznego, romantycznego, a przynajmniej wyrafinowanego: zostanie. Nawet spodobał jej się pomysł szlachetnego zachowania w ludzkim sensie tego słowa. Dowodził też, ku jej zaskoczeniu, że bliski kontakt z ludźmi i pequeninos nie pozostał bez wpływu na nią. Odmienili ją, choć tego nie oczekiwała. W całej historii jej rasy nigdy nie istniała podobna do niej królowa kopca. <Wolałbym, żebyś poleciała> oświadczył Człowiek. <Chciał-bym myśleć o tobie jako o żywej. > Tym razem nie odpowiedziała. * * * Jane była nieugięta. Zespół pracujący nad językiem descoladores musiał odlecieć z Lusitanii i wrócić na orbitę wokół ich planety. Oczywiście, ona także miała się tam znaleźć. Nikt nie był tak głupi, by mieć za złe ocalenie osoby, dzięki której podróżowały wszystkie statki, ani też grupy ludzi, którzy mieli szansę ocalić przed descoladores całą ludzkość. Jednak Jane znalazła się na mniej pewnym moralnie gruncie, kiedy się uparła, że w bezpieczne miejsce muszą trafić Novinha, Grego i Olhado z rodziną. Valentine także została poinformowana, że jeśli nie wejdzie z mężem, dziećmi, załogą i przyjaciółmi na statek Jakta, Jane będzie zmuszona poświęcić bezcenne moce psychiczne i przetransportować ich fizycznie, nawet bez statku, jeśli będzie trzeba. - Dlaczego my? - protestowała Valentine. - Nie prosiliśmy o specjalne przywileje. - Nie obchodzi mnie, o co prosiliście, a o co nie - odparła Jane. - Jesteś siostrą Endera, Novinha jest wdową po nim, jej dzieci to jego adoptowane dzieci. Nie będę patrzeć spokojnie, jak dajecie się zabić, skoro jest w mojej mocy uratowanie rodziny przyjaciela. Jeśli wydaje ci się to niesprawiedliwym przywilejem, możesz się skarżyć później, ale na razie pakujcie się do statku Jakta, żebym mogła was zabrać z tej planety. Ocalicie więcej ludzi, jeśli przestaniecie zajmować mi czas bezsensowną dyskusją. Zawstydzeni swymi specjalnymi prawami, jednak wdzięczni, że oni sami i ich najbliżsi przeżyją kolejne kilka godzin, zespół języka descoladores zebrał się przy promie zmienionym w kosmolot. Jane przeniosła go dalej od zatłoczonego lądowiska. Inni spieszyli do ładownika Jakta, który także przesunęła w odosobnione miejsce. Mieszkańcy Milagre nie popadali w panikę. Tak długo żyli w lęku, że przybycie floty w pewnym sensie sprawiło im ulgę. Za godzinę, najdalej dwie, cała sprawa się rozstrzygnie. Miro siedział otępiały przed terminalem na pokładzie promu pędzącego na wysokiej orbicie nad planetą descoladores. - Nie mogę pracować - oświadczył w końcu. - Nad żadnym językiem nie umiem się skupić, kiedy mój naród i mój dom znalazły się na krawędzi zniszczenia. Wiedział, że Jane - przypięta do koi na rufie promu - cały swój umysł wykorzystuje do transportu kolejnych statków z Lusitanii na inne skolonizowane światy, nie przygotowane na ich przyjęcie. Tymczasem on mógł najwyżej rozważać molekularne przekazy niepoznawalnych obcych. - A ja mogę - stwierdziła Quara. - W końcu descoladores są równie wielkim zagrożeniem, i to dla całej ludzkości, nie tylko dla jednej planetki. - Jakaś ty mądra - wtrąciła oschle Ela - patrzysz na to wszystko z właściwej perspektywy. - Spójrzcie na transmisję, jaką odbieramy od descoladores - mówiła dalej Quara. - Czy widzicie to samo, co ja widzę?
|
WÄ…tki
|