Koledzy z wydziału wiedzieli o niej tyle samo, ile o postrzelonym na przystanku Mehmecie i dawno przestali odróżniać fakty od fantazji...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Jedni mówili, że chłopak został zastrzelony przez hotelowych handlarzy w wyniku jakichś narkotykowych porachunków, inni szeptali, że padł ofiarą oszalałych zwolenników szariatu. Byli też tacy, którzy mówili, że Canan podzieliła los dziewcząt z dobrych domów, zakochujących się w typach spod ciemnej gwiazdy i została wysłana do jakiejś europejskiej szkoły. Ale drobne dochodzenie przeprowadzone przeze mnie w biurze meldunkowym nie potwierdziło tej plotki.
Oszczędzę wam szczegółów innych objawów mego geniuszu, prowadzonego miesiącami i latami śledztwa, chłodnych morderczych kalkulacji i barw przypominających sny człowieka, który stracił nadzieję. Canan nie było nigdzie, nie miałem od niej żadnych wiadomości i nie napotkałem żadnego jej śladu. Nadrobiłem stracony semestr i skończyłem następny. Nie szukałem ludzi doktora Narina ani oni nie szukali mnie. Nie wiem, czy nadal mordowali. Razem z Canan znikli z moich myśli i pełnych lęku wyobrażeń. Przyszło lato, za nim jesień, zaczął się kolejny rok studiów - ten też udało mi się ukończyć. Następny również. A potem poszedłem do wojska.
Dwa miesiące przed końcem służby otrzymałem wiadomość o śmierci matki. Wziąłem wolne i pojechałem do Stambułu. Pochowaliśmy ją. Pewnego wieczoru, który spędziłem razem z kolegami, wróciłem do domu i nagle na widok pustych, cichych pomieszczeń poczułem strach. Patrzyłem na zawieszone w kuchni patelnie i cezve. Słuchałem lodówki, która jęczała i wzdychała żałośnie w jakże dobrze mi znany sposób. Zostałem sam. Płacząc, położyłem się na matczynym łóżku, włączyłem telewizor i tak jak ona - z pokorą i dziwną radością istnienia - długo wpatrywałem się w ekran. Przed snem wydobyłem z ukrycia książkę, położyłem ją na stole i zacząłem czytać z nadzieją, że wywrze na mnie tak wielkie wrażenie jak za pierwszym razem. Nie, nie zobaczyłem żadnego światła ani nie poczułem, że moje ciało odrywa się od krzesła. Mimo to ogarnął mnie spokój.
Czytałem wciąż i wciąż od nowa. Ale kiedy kończyłem lekturę, nie czułem już silnego, dziwnego wiatru, który pchał mnie w nieznanym kierunku. Żyjąc, próbowałem rozwiązać dawno już porzucone rachunki, przenikać tajemniczą geometrię życia, odnaleźć jego najważniejsze punkty i usłyszeć ukryte w nim westchnienia. Pewnie to rozumiecie: nie odbyłem jeszcze służby wojskowej, a już byłem starym człowiekiem.
Poświęciłem się innym książkom. Czytałem nie po to, by rozniecić w sobie zagnieżdżającą się wieczorami w mojej duszy chęć bycia kimś innym albo wzięcia udziału w obchodach sekretnego święta, jakie trwało po tamtej stronie, ani nawet nie dlatego, żeby biec ku nowemu życiu, bo może spotkam tam Canan. Czytałem, aby przyjąć swój los i dojmującą nieobecność ukochanej z godnością, mądrością i opanowaniem. Nie miałem już nawet nadziei na siedmioramienny żyrandol, który podaruje mi na otarcie łez Anioł Pożądania i który moglibyśmy powiesić z Canan w naszym domu. Kiedy w środku nocy unosiłem wzrok znad jednej z książek, które czytałem z zadowoleniem i poczuciem duchowej równowagi, docierała do mnie głęboka cisza, a przed oczami pojawiał się obraz Canan drzemiącej tuż obok mnie w czasie jednej z naszych niekończących się autobusowych podróży.
WÄ…tki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak ciÄ™ zÅ‚apiÄ…, to znaczy, że oszukiwaÅ‚eÅ›. Jak nie, to znaczy, że posÅ‚użyÅ‚eÅ› siÄ™ odpowiedniÄ… taktykÄ….