— Przecież pani chyba zna mojego ojca — powiedziaÅ‚a z wyrzutem, ale raczej dość beznadziejnie...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
— O cudze by siÄ™ w życiu nie upominaÅ‚, a jeszcze swojego najlepszego przyjaciela…? I od poczÄ…tku przecież mówiÄ™, że sprawa jest delikatna. A ojciec w ogóle nie sam to robiÅ‚, tylko miaÅ‚ wspólnika i ten wspólnik może zaÅ›wiadczyć, że razem zarobili…
— Gdzież ten wspólnik?
— W Amsterdamie. W Holandii.
— I ja do Holandii mam jechać, żeby o prawdÄ™ pytać? Agatka ciÄ…gle tkwiÅ‚a w drzwiach, nie zwracajÄ…c na siebie niczyjej uwagi. PomysÅ‚ podróży do Holandii bardzo jej siÄ™ spodobaÅ‚. O istnieniu w domu teczki z urwanym uchem wiedziaÅ‚a najlepiej w Å›wiecie, w tym miejscu Elżbieta mówiÅ‚a prawdÄ™. Co do jej zawartoÅ›ci natomiast istniaÅ‚y same wÄ…tpliwoÅ›ci. Pan Henryk mówiÅ‚ co innego, matka co innego, może i znajdowaÅ‚y siÄ™ tam pieniÄ…dze. O pieniÄ…dzach sÅ‚yszaÅ‚a caÅ‚e życie, matka upominaÅ‚a siÄ™ o nie, awanturowaÅ‚a, nie krÄ™pujÄ…c siÄ™ obecnoÅ›ciÄ… dzieci, oszczÄ™dzaÅ‚a, brakowaÅ‚o ich ciÄ…gle. JeÅ›li w tej teczce jakieÅ› byÅ‚y, do kogo należaÅ‚y, do pana Henryka czy do nich? JeÅ›li do nich, może wreszcie mogÅ‚aby dostać tÄ™ cudownÄ… bluzkÄ™ z portretem Michaela Jacksona…? JeÅ›li w tym celu należaÅ‚oby jechać do Holandii, ona chÄ™tnie…
Elżbieta ścierpła w sobie. Karpiowski uznał za słuszne wkroczyć.
— Bogusia powinna wiedzieć, że ja bym przyjaciela najlepszego nie oszukiwaÅ‚ — rzekÅ‚ z wyrzutem. — Ja wiem, że to sprawa trudna, w dodatku nie wiadomo gdzie Chlup…
I nagle coś mu się stało. Poczuł jakby wybuch gdzieś pod czaszką, w środku głowy, błysk, fajerwerk. Wystrzelił widok, którego wcale nie starał się zapamiętać, dzięki czemu nie umknął mu od razu. Chlup, biorący od niego ciężką teczkę, pchający ją do samochodu, w ciemnościach, oni razem, w tym samochodzie… Zamknął oczy. Elżbieta przyglądała się ojcu, ciężko wystraszona.
— PrzywiozÅ‚em mu… WziÄ…Å‚ ode mnie… Na parkingu…
Komórka… Garaż… Strych…
— Jaka komórka? — spytaÅ‚a podejrzliwie pani Bogusia po dÅ‚ugiej chwili, w nagle zapadÅ‚ej ciszy, bo Karpiowski zamilkÅ‚, spotniaÅ‚y i osÅ‚abÅ‚y od swojej wizji, a Elżbiecie odjęło mowÄ™. — No pytam. Jaka znowu komórka? Bo na strychu nic nie ma i żadnej teczki nie byÅ‚o, już ja wiem najlepiej. Co to ma być?
Z przerażenia, że ojcu ten jakiś dziwny stan może zaszkodzić, Elżbieta zdobyła się na potężny wysiłek.
— Schować. Nie wiadomo gdzie pan Seweryn mógÅ‚ to schować. Może w jakiejÅ› komórce. Komórek u paÅ„stwa dużo…
— A choćby i sto byÅ‚o, to co komu do naszych komórek? — powiedziaÅ‚a pani Bogusia ostro. — Może Henio i przyniósł…
— PrzyniósÅ‚, proszÄ™ pani, na pewno. OddaÅ‚ w depozyt panu Sewerynowi i gdyby pan Seweryn żył…
— A skÄ…d to wiadomo, że przyniósÅ‚ i że jego byÅ‚o?
— Bo pan Seweryn sam to powiedziaÅ‚! W szpitalu powiedziaÅ‚, że depozyt mojego ojca jest u niego bezpieczny! Na wÅ‚asne uszy sÅ‚yszaÅ‚am!
Pani Bogusia upór miała ugruntowany w charakterze.
— I kiedyż to? Podobno nieprzytomny Henio byÅ‚? Do nieprzytomnego tak Seweryn gadaÅ‚?
— Do przytomnego. Akurat przytomność odzyskaÅ‚, tego dnia, kiedy pan Seweryn umarÅ‚.
Teraz na panią Bogusię przyszła chwila zaniemienia.
— Jakże to…? Tego dnia byÅ‚ w szpitalu…?!
— ByÅ‚, oczywiÅ›cie. Czyste bÅ‚ogosÅ‚awieÅ„stwo. MatematykÄ™ mu przypomniaÅ‚, rozmawiali, dziwacznie bo dziwacznie, ale jednak. I wtedy powiedziaÅ‚, że to, co mojego ojca, leży u niego bezpiecznie. Ze trzy osoby to sÅ‚yszaÅ‚y!
Mienie idiotycznego Henia wyleciało pani Bogusi z głowy. Teraz dopiero dowiedziała się, że w dniu swojej śmierci Seweryn był w szpitalu, zdenerwował się, to jasne przecież, nie przez nią, nie przez żadne zamykanie, tylko przez Henia podleca, i przez niego umarł! O, niedoczekanie ich, żeby nie wiem co przyniósł, choćby to było Henia i dwadzieścia razy, nie odda! Nie kto inny, a oni sami uśmiercili Seweryna, depozytu im się zachciało, prędzej do ognia wrzuci! Nie odda swołoczom za nic w świecie!
— Ja o tym wszystkim nic nie wiem — rzekÅ‚a zimno i twardo. — Komu siÄ™ nie podoba, niech mnie do sÄ…du skarży. Å»adnych teczek tu nie ma i żadnych dolarów i nawet szukać nie bÄ™dÄ™. Henio w gÅ‚owÄ™ dostaÅ‚ i coÅ› mu siÄ™ pomieszaÅ‚o.
WÄ…tki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak ciÄ™ zÅ‚apiÄ…, to znaczy, że oszukiwaÅ‚eÅ›. Jak nie, to znaczy, że posÅ‚użyÅ‚eÅ› siÄ™ odpowiedniÄ… taktykÄ….