Martin położył go delikatnie na ziemi...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.

– MuszÄ™ iść do zakrystii – powiedziaÅ‚ opat. – Bracie Micah, sam musisz powstrzymać wroga.
– Cokolwiek tam jest, zdoÅ‚aÅ‚o przeÅ‚amać system obrony mistycznej, ustÄ™pujÄ…cy jedynie temu, w który wyposażona jest nasza Å›wiÄ…tynia-matka. A teraz ja muszÄ™ stawić czoÅ‚o zagrożeniu. Ishap jest mojÄ… tarczÄ… i orężem – wypowiedziaÅ‚ na koÅ„cu rytualnÄ… formuÅ‚Ä™, wyciÄ…gajÄ…c zza pasa bojowy mÅ‚ot.
Posadami opactwa wstrząsnął przeciągły ryk, jakby tysiąc lwów zamanifestowało jednocześnie gniew i rozdrażnienie. Dźwięk rozpoczął się wysoko jak przeraźliwy zgrzyt zębów, aby po chwili opaść w dół skali. Wydawało się, że dosłownie ściera na proch kamienie w murach. Zygzaki energii tryskały na pozór chaotycznie, na chybił trafił siejąc zniszczenie. Trafione głazy rozsypywały się w pył; wszystko co palne natychmiast stawało w płomieniach, a tam gdzie energia dotknęła powierzchni wody, strzelały w górę obłoki pary.
Oniemiali z przerażenia patrzyli, jak Micah wybiega wielkimi krokami na dziedziniec i staje pod wirującą bryłą światła. Przewidując, co za chwilę nastąpi, wzniósł młot wysoko ponad głową. Z podstawy światła trysnął piorun, oślepiając na moment patrzących zza drzwi. Gdy poblask przygasł nieco, ujrzeli wyprostowanego jak struna Micaha z uniesionym ponad głową młotem. Wokół niego skwiercząc spływały ognie wyładowań, które rozsypywały się na coraz to drobniejsze cząsteczki i migotały wszystkimi kolorami tęczy. Ziemia pod stopami płonęła i dymiła, lecz on sam nie odniósł szkody. Na ułamek sekundy błyskawice zamarły. W tym samym momencie Micah zamachnął się młotem i posłał go w górę z nadludzką szybkością. Oręż śmignął błękitnobiałym błyskiem dorównującym jasnością oślepiającemu celowi. Rozpędzona smuga wzlatywała coraz wyżej i wyżej, wznosząc się ponad wysokość dostępną rzutom zwykłych śmiertelników, by w następnej sekundzie ugodzić w sam środek płonącego dysku. Wydało się, że światło ponad głowami drgnęło i zostało odrzucone lekko w bok. Rozjarzony pocisk powrócił posłusznie do ręki Micaha. Rozwścieczona jasność rzuciła się ku niemu, siekąc błyskawicami, lecz i tym razem zakonnik pozostał bezpieczny pod mistyczną potęgą młota. Gdy tylko rozżarzony deszcz cząsteczek energii opadł nieco i przygasł, natychmiast posłał młot w górę, nieomylnie trafiając w samo serce bryły światła. I znowu patrzącym z dołu wydało się, że wirująca wściekle masa zakolebała się. Młot poszybował w górę, po raz trzeci trafiając w cel. W tej chwili rozległ się rozdzierający zgrzyt, tak straszny, że Arutha i jego towarzysze musieli zasłonić uszy rękami. Wirujące kule rozsypały się, a ze środka każdej z nich zaczęły wylatywać niewielkie, dziwne kształty. Spadały na kamienie dziedzińca z mokrym plaśnięciem i natychmiast po zetknięciu z ziemią zaczynały dymić. Po chwili zaś buchały żywym ogniem. Straszny ni to jęk, ni zawodzący wrzask wypełnił noc. Nikt nie mógł wyraźnie rozróżnić kształtów form zwijających się w płomieniach. Arutha nie mógł oprzeć się wrażeniu, że najlepiej nie dociekać i nie przyglądać się zbyt dokładnie, ponieważ dostrzegł, że w chwili, kiedy buchały jasnym ogniem, do złudzenia przypominały potwornie zdeformowane niemowlaki. A potem zapadła dźwięcząca w uszach cisza. Na dziedziniec opactwa powoli zaczął opadać migoczący kolorami tęczy rzęsisty deszcz drobinek, jak gwiezdny pył. Jedna po drugiej iskierki rozświetlały się przedśmiertnym błyskiem i gasły. Po paru minutach stary mnich stał samotnie na środku dziedzińca, z wyciągniętym przed siebie młotem.
Grupka, która znalazła schronienie za drzwiami wieży, patrzyła po sobie z niedowierzaniem. Przez długą chwilę nie byli w stanie wypowiedzieć ani słowa, dopiero po pewnym czasie doszli nieco do siebie.
– To byÅ‚o... to byÅ‚o... nie do wiary – powiedziaÅ‚ Laurie. – Nie wiem, czy bÄ™dÄ™ potrafiÅ‚ znaleźć sÅ‚owa, aby to opisać.
Arutha miał już coś powiedzieć, jednak ruch, jakim Jimmy i Martin nagle przekrzywili głowy, nasłuchując czegoś z uwagą, powstrzymał go.
– CoÅ› sÅ‚yszÄ™... – powiedziaÅ‚ Jimmy. Stali w ciszy, nasÅ‚uchujÄ…c. Po chwili do wszystkich dotarÅ‚ dochodzÄ…cy z oddali dźwiÄ™k, przypominajÄ…cy Å‚opot skrzydeÅ‚ ogromnego ptaka czy gigantycznego nietoperza.
Zanim ktokolwiek zdołał go powstrzymać, Jimmy wyskoczył z budynku. Obracając się w biegu jak fryga dookoła osi, badał wzrokiem każdy skrawek nocnego nieba. Dobiegł prawie do środka podwórca i spojrzał za siebie, na północną połać nieba ponad dachami opactwa. Oczy nieomal wyskoczyły mu z orbit.
– O Banath! – wrzasnÄ…Å‚ przeraźliwie i pognaÅ‚ czym prÄ™dzej ku stojÄ…cemu wciąż nieruchomo zakonnikowi. Micah miaÅ‚ zamkniÄ™te oczy i sprawiaÅ‚ wrażenie, jakby pogrążony byÅ‚ w jakimÅ› transie. Jimmy chwyciÅ‚ go mocno za ramiÄ™ i potrzÄ…snÄ…Å‚.
– Patrz! – wrzasnÄ…Å‚ mu prosto do ucha. Micah otworzyÅ‚ oczy.
Spojrzał we wskazanym kierunku. Duży księżyc został przysłonięty ogromną sylwetką jakiegoś stwora o wielkich, potężnych skrzydłach, lecącego ku opactwu. Nie zastanawiając się, zakonnik odepchnął gwałtownie chłopaka.
– Uciekaj!
Pchnięcie rzuciło Jimmy'ego w stronę przeciwną do opactwa. Schylił się, pognał przez dziedziniec w kierunku wozu z paszą dla koni i zanurkował pod niego. Przeturlał się z rozpędu kilka razy i przyczaił za kołem.
WÄ…tki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak ciÄ™ zÅ‚apiÄ…, to znaczy, że oszukiwaÅ‚eÅ›. Jak nie, to znaczy, że posÅ‚użyÅ‚eÅ› siÄ™ odpowiedniÄ… taktykÄ….