Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
– Zdaje się, że chcąc przyłapać człowieka, trzeba zaangażować człowieka.
– Może są dobrymi naukowcami, ale byliby nędznymi prawnikami – mruknęła Karen Heller Danchekkerowi do ucha. Danchekker parsknął i nic nie odpowiedział. Calazar był ciekaw, jak daleko posuną się Jewlenowie w swoich intrygach. Miał nadzieję, że dowie się od nich więcej, jeśli nie ujawni, ile sam wie. Z tych powodów nie chciał od razu konfrontować ich z Ziemianami i Ganimedejczykami z Shapierona. Dlatego polecił VISAROWI wyłączyć ze strumienia danych przesyłanych do JEVEXA, a tym samym do jego użytkowników na Jewlen, wszystkie informacje dotyczące tych dwóch grup. Oznaczało to, że Hunt, Garuth i ich towarzysze będą, w pewnym sensie, tam obecni, ale pozostaną niewidzialni dla Jewlenów. Podobna taktyka była jawnym pogwałceniem dobrych manier i thurieńskiego prawa, nie mającym precedensu w ciągu wielu wieków funkcjonowania VISARA. Niemniej jednak Calazar stwierdził, że swoim postępowaniem Jewlenowie uprawnili go do podjęcia tej wyjątkowej decyzji. Hunt niecierpliwie czekał, co z tego wyniknie. – Premier Broghuilio, sekretarz Wylott i doradca naukowy Estordu – zaanonsował VISAR. Hunt zesztywniał. Trzy postacie zmaterializowały się W końcu pokoju, naprzeciwko Calazara i Thurienów. Ten pośrodku to musi być Broghuilio, domyślił się od razu Hunt. Miał przynajmniej metr dziewięćdziesiąt wzrostu i ciemne oczy, płonące dziko w twarzy, którą grzywa gęstych, czarnych włosów i zaciśnięte usta, okolone krótką, przyciętą brodą, czyniły jeszcze bardziej onieśmielającą. Ubrany był w krótki płaszcz o złotym połysku, narzucony na fiołkowo-różową tunikę okrywającą potężny tors. – Co z Shapieronem? – zapytał Calazar niezwykle ostrym tonem. Hunt przypuszczał, że komuś o randze Broghuilio należy się bardziej formalne powitanie. Potwierdził to wyraz zaskoczenia na twarzach dwóch pozostałych Jewlenów. Jeden z nich popatrzył dokładnie w tym kierunku, gdzie siedział Hunt, ale jego spojrzenie przeszyło go na wylot. Było to dziwne uczucie. – Przykro mi z powodu najścia – zaczął Broghuilio. Miał głęboki, ochrypły głos i mówił chłodno, jakby wypełniał obowiązek, wymagający okazania większej wylewności, na którą nie mógł się zdobyć. – Właśnie otrzymaliśmy bardzo ważną wiadomość: statek zniknął bez śladu z naszych urządzeń śledzących. Możemy wyciągnąć jedyny wniosek, że uległ zniszczeniu. – Umilkł i przesunął wzrokiem po obecnych, badając wrażenie. – Nie można wykluczyć, że było to zamierzone działanie. Thurienowie patrzyli na niego w milczeniu przez dłuższy czas. Nie próbowali udawać przerażenia czy niepokoju... czy nawet zaskoczenia. Błysk niepewności pojawił się w oczach Broghuilio, który szukał reakcji na twarzach Ganimedejczyków. Najwyraźniej nie wszystko szło tak, jak oczekiwał. Jeden z dwóch pozostałych Jewlenów, równie wysoki, z zimnymi, niebieskimi oczami, przylizanymi, siwymi włosami i czerwoną, lekko nalaną twarzą, ubrany w ciemny strój, chyba niczego nie zauważył. – Próbowaliśmy was ostrzec – powiedział, rozkładając ręce w udawanym geście współczucia z powodu bólu, jaki w jego mniemaniu powinni odczuwać teraz Thurienowie. – Nalegaliśmy, żebyście przechwycili statek. – Nie miało to nic wspólnego z prawdą; zapewne pokładał dużą wiarę w swoją zdolność przekonywania. – Mówiliśmy wam, że Ziemia nigdy nie pozwoli, by Shapieron dotarł na Thurien. Spojrzenie Garutha stało się zimne jak stal, a na twarzy pojawił się wyraz wrogości, jeżeli to możliwe w wypadku Ganimedejczyka. – Cierpliwości, Garuth – zawołał Hunt. – Niedługo przyjdzie twoja kolej. – Na szczęście Ganimedejczycy mają jej dużo – odparł Garuth. Jewlenowie nic nie słyszeli. To było niesamowite.
|
Wątki
|