Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
— Prawdę mówiąc, gdyby do mediów przedo-
stała się wiadomość, że Klinika Wingate’a oferuje klonowanie, bezpłodne pary zaczę- łyby pewnie pchać się do nich drzwiami i oknami. — Co mogę powiedzieć? — mruknęła Joanna. — Mówiłam ci już, że zrobiłam wszystko, co tylko byłam w stanie zrobić. — Nie mam do ciebie pretensji. — Ależ masz! — W porządku, może trochę. Jestem po prostu niezadowolona. Znów umilkły. Słychać było tylko mruczenie silnika. W oddali, na horyzoncie, zama- jaczyła sylwetka Bostonu. — Zaczekaj! — wypaliła znienacka Deborah, aż Joanna podskoczyła na siedzeniu. — Przez tę historię z klonowaniem zapomniałyśmy o jajeczkach! — O czym ty mówisz? — zdumiała się Joanna. — O tych setkach komórek jajowych, które podobno od ciebie uzyskali — wyjaśniła Deborah. — To przecież niemożliwe, chyba że... — Urwała i z przerażeniem na twarzy zapatrzyła się przed siebie. — Chyba że co? — zapytała ostro Joanna. W obecnych okolicznościach stary nawyk przyjaciółki wydał jej się szczególnie irytujący. — Zajrzyj do wydruku — rzuciła szybko Deborah — i zobacz, czy jest więcej daw- czyń, od których pobrano kilkaset jajeczek. Joanna, mamrocząc pod nosem, sięgnęła na tylne siedzenie i ze stęknięciem poło- żyła sobie ciężki plik na kolanach. Zaczęła przeglądać go od początku, ale nie musiała długo szukać. — Jest ich całe mnóstwo. Mam tu nawet jedną jeszcze bardziej imponującą. Anna Alvarez oddała jakoby cztery tysiące dwieście pięć! 180 181 — Chyba żartujesz! — Nie, naprawdę — odparła Joanna. — Tu jest następna rekordzistka: Marta Arriga. I jeszcze jedna: Maria Artiavia. — Nazwiska są jakby hiszpańskie. — Rzeczywiście — zgodziła się Joanna. — A ta jest jeszcze bardziej niesamowita: Mercedes Avila. Osiem tysięcy siedemset dwadzieścia jeden! — Zerknij, czy każde z tych jajeczek trafiło do innej klientki, tak jak w twoim wy- padku. Joanna odwróciła stronę i przebiegła palcem wzdłuż kolumny. — Wygląda na to, że tak. — W takim razie wszystkie miały prawdopodobnie być klonami — stwierdziła Deborah. — Przy wszystkich jest nazwisko Paula Saundersa? — Na ogół — przyznała Joanna. — Chociaż gdzieniegdzie jest wymieniona Sheila Donaldson. — Powinnam się była domyślić — odparła Deborah. — Czyli ta dwójka pracuje razem. Ale zaraz! Przejrzyj listę i zobacz, czy wszędzie tam jest tyle hiszpańskich na- zwisk, czy to tylko przy A tak się złożyło? Joanna przez kilka minut wertowała stronice. — Tak, wydaje się, że jest ich dość sporo i że wszystkie oddały po parę tysięcy ko- mórek. — Zastanawiam się, czy nie tu właśnie kryje się rozwiązanie zagadki Nikaraguanek — powiedziała Deborah. Wzdrygnęła się. — Jak to? — Najwięcej komórek jajowych znajduje się w jajnikach w okresie życia płodowe- go. Gdzieś czytałam, że na pewnym etapie rozwoju żeński płód ma ich niemal sie- dem czy osiem milionów, podczas gdy u noworodka jest ich już tylko milion, a w po- czątkach okresu dojrzewania zostają zaledwie trzy czy cztery tysiące. Jakiś wypaczony umysł w rodzaju Paula Saundersa czy Sheili Donaldson mógłby uznać żeński płód za prawdziwą kopalnię złota. — Nie podoba mi się to, co sugerujesz — oświadczyła Joanna. — Mnie też nie — przyznała Deborah. — Ale niestety to dość prawdopodob- ne. Możliwe, że wszczepiają tym Nikaraguankom zarodki, a potem dokonują aborcji w dwudziestym tygodniu ciąży tylko dla uzyskania gamet. Joanna odwróciła wzrok i zapatrzyła się w krajobraz za oknem. Ogarnęła ją fala od- razy. To, co mówiła Deborah, ze wszystkimi tego konsekwencjami dla roli kobiety i bra- kiem poszanowania dla ludzkiego życia, było równie przerażające jak klonowanie, Z trudem zdusiła kotłujące się w niej emocje. Przyłapała się na tym, że żałuje, iż w ogóle zetknęła się z Kliniką Wingate’a. Świadomość, że dostarczyła im własnych komórek ja- jowych, sprawiała, że czuła się niemal współwinna. 182 183
|
Wątki
|