Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Takie wyjście doradziła jej koleżanka z pokoju, twierdząc, że Ruth musi być stuknięta, skoro pozwala matce pomiatać sobą, jakby miała sześć lat.
- Płaci ci za to, żebyś była jej workiem treningowym? - pytała koleżanka, przekonując ją do swojego planu. - No, daje mi pieniądze na college - przyznała Ruth. - Tak, wszyscy rodzice to robią. Taka ich rola. Ale nie daje im to prawa, żeby robić z ciebie niewolnicę. Podbudowana w ten sposób Ruth stawiła czoło matce: - Jeżeli tak ci to przeszkadza, sama się tym zajmij. LuLing patrzyła na nią, milcząc przez dobrych pięć minut. A potem wybuchnęła jak gejzer: - Chcesz, żeby umarłam? Zęby nie było matki, która powie, co masz robić? Dobrze, może umrę niedługo! I w jednej chwili pokonała Ruth, zbijając wszystkie argumenty i wytrącając ją z równowagi. Groźby LuLing, że umrze, były jak trzęsienie ziemi. Ruth wiedziała, że wciąż istnieje potencjalne zagrożenie, iż w każdej chwili mogą nastąpić nowe wstrząsy. A mimo tej świadomości, gdy w końcu dochodziło do katastrofy, wpadała w panikę i najchętniej uciekłaby, gdzie pieprz rośnie, zanim cały świat się zapadnie. Jednak, dziwnym trafem, po tym zdarzeniu LuLing nie wspominała już więcej o psie sikającym na trawnik. Teraz ilekroć Ruth przyjeżdżała do domu, matka demonstracyjnie brała łopatę, zgięta wpół wykopywała z wysiłkiem żółte plamy i siała nową trawę, po dwa cale kwadratowe naraz. Ruth wiedziała, że ma to być dla niej tortura psychiczna, a mimo to - udając, że w ogóle jej to nie wzrusza - czuła bolesne skurcze żołądka. LuLing w końcu wynajęła do usunięcia żółtych plam fachowca, betoniarza, który zbudował ramę i formę, po czym wylał posadzkę w czerwone i białe betonowe romby. Chodnik też był czerwony. Z biegiem lat czerwień rombów wyblakła. Białe pokryły się szarym brudem. Niektóre miejsca wyglądały, jak gdyby nastąpiła tam erupcja lilipucich wulkanów. Z pęknięć wyrastały chwasty i kępki traw. Powinnam zatrudnić kogoś, żeby doprowadził dziedziniec do porządku, pomyślała Ruth, zbliżając się do drzwi. Smutne, że matka nie dba już o wygląd otoczenia tak jak kiedyś. Czuła także wyrzuty sumienia, że nie pomagała jej w zajmowaniu się domem. Może zadzwoni po swojego majstra od wszystkiego i poprosi go o posprzątanie i naprawę paru rzeczy. Kiedy Ruth zbliżyła się do schodów prowadzących na piętro, z domu wyszła lokatorka mieszkająca na dole i dała jej znak, że chce z nią rozmawiać. Francine była trzydziestokilkuletnią kobietą o sylwetce anorektyczki; wyglądała, jakby na ciele numer dwa nosiła skórę numer osiem. Rozmawiając z Ruth, często marudziła o koniecznych w budynku naprawach. Ciągle dochodziło do zwarć w instalacji elektrycznej. Czujniki dymu były stare i należało je wymienić. Schody z tyłu - nierówne, i mogło dojść na nich do wypadku, a w konsekwencji procesu sądowego. - Nigdy zadowolona! - mówiła LuLing do Ruth. Ruth wiedziała, że nie powinna brać strony lokatorki. Niepokoiła się jednak, że kiedyś rzeczywiście może zdarzyć się jakiś wypadek, na przykład pożar. Bała się nagłówków w gazetach: “Właścicielka slumsu w więzieniu. Kara za lekceważenie śmiertelnych niebezpieczeństw". Dlatego Ruth zaczęła ukradkiem załatwiać sprawy, z którymi można się było uporać najszybciej. Kiedy kupiła Francine nowy czujnik dymu, dowiedziała się o tym LuLing i zareagowała histerycznie. - Myślisz, że ona ma rację, ja nie? - I tak samo jak przez całe dzieciństwo Ruth, matka wściekała się coraz bardziej, aż nie była w stanie wykrztusić nic poza dawną groźbą: - Może umrę niedługo! - Musisz porozmawiać ze swoją mamą - jęczała teraz Francine. - Oskarża mnie o to, że nie płacę za mieszkanie. A ja zawsze płacę w terminie, pierwszego każdego miesiąca. Nie wiem, o co jej chodzi, ale ona powtarza w kółko to samo, jak zacięta płyta. W Ruth zamarło serce. Właśnie tego nie chciała usłyszeć. - Pokazałam jej nawet anulowany czek, a ona na to: “Widzisz, masz jeszcze czek!". Dziwne, jakby nic nie rozumiała. - Zajmę się tym - powiedziała cicho Ruth. - Nęka mnie ze sto razy dziennie. Zaczynam przez to wariować. - Wyjaśnię to. - Mam nadzieję, bo chciałam już dzwonić na policję, żeby wydano w tej sprawie jakiś zakaz sądowy! Zakaz sądowy? Kto tu jest stuknięty?
|
Wątki
|