- Co się dzieje? - krzyczał Bill...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.

- Idziemy - odparła Olivia spokojnie. - To będzie scena końcowa. Dużymi krokami przeszła przez łazienkę do okna i wyjrzała na zewnątrz.
Zdała sobie sprawę z tego, że Lewis usiłuje właśnie wciągnąć spodnie, i przeklinając zmaga się z zesztywniałymi dżinsami. Sytuacja wydała jej się tak głupia i całkowicie absurdalna, że aż wybuchnęła głośnym śmiechem.
Łoskot pierwszego strzału wyrwał również sędziego Pearsona ze snu. Był na plaży i razem ze swoimi wnukami bawił się w piasku. Gorące słońce rozgrzewało go, mrużył oczy od jego blasku. Widział, jak Megan i Duncan pływają w niebieskozielonych falach. Odwrócił się i powiedział do swojej żony, siedzącej obok.
- Przecież ty nie żyjesz. A ja jestem sam.
A ona uśmiechnęła się, pokręciła głową i odpowiedziała:
- Nikt nie umiera tak naprawdę. I nikt tak naprawdę nie jest sam. Potem, kiedy odwrócił się od niej, rodziny już nie było, plaża przemieniła
się w zabarwione czerwienią piaski Tarawy, a on był młodym, przerażonym chłopcem. Usłyszał pojedynczy wystrzał nad głową i rzucił się na piasek, mocno wciskając weń twarz, podczas gdy kula świsnęła tuż obok w powie­trzu. We śnie usłyszał słowa: "Tyle że to dzieje się naprawdę". I wtedy się ocknął na jawie.
Błyskawicznie odwrócił się w stronę Tommy'ego, który siedział wypros­towany na pryczy.
- Dziadku!
- Tommy, nareszcie! Mój Boże, oni przyszli po nas!
- Dziadku! - Tommy skoczył prosto w ramiona sędziego. Sędzia Pearson objął go mocno i spojrzał mu głęboko w oczy.
- Teraz, Tommy, teraz! Musimy pomóc im ratować nas.
Tommy przełknął ślinę i pokiwał głową. Sędzia sięgnął pod materac i chwycił metalowy pręt.
- Teraz - powtórzył. - Daj mi rękę. Usłyszeli drugi strzał.
- Szybko, Tommy. Tak jak rozmawialiśmy o tym.
Przepełniła go wewnętrzna moc, sens działania; przypomniał sobie setki przerażających, paraliżujących momentów w walce, jaką toczył niegdyś wśród śmierci i okropności. Poczuł, że jego mięśnie nie są już zmęczone życiem, kości przestały być kruche i stare. Obudziła się w nim butna siła młodości.
Uniósł swoją pryczę z jednej strony i przesunął przez pokój. Z wielkim łoskotem zepchnął ją w dół po schodach, gdzie zatrzymała się, zapierając drzwi stryszku. Skoczył do łóżka Tommy'ego.
- Teraz twoje! Również je spuścił po schodkach, blokując wejście do­datkowo.
Tommy, już ubrany, znajdował się przy ścianie dźgając metalowym prętem z łóżka w naruszony wcześniej fragment ściany. Sędzia Pearson był już obok niego. Kawałek ramy łóżka próbował wcisnąć pod jedną z obluzowanych deszczułek. Wepchnął ją, a potem podważył z całej siły. Rozległ się głośny trzask rozłupywanego drewna. Pierwsza deszczułka odskoczyła od ściany, pękając jak złamana kość. Sędzia krzyknął, gdy ostra drzazga, wbiła mu się w kciuk. Nie zważał na to; walił kawałkiem metalu w tynk. Ściana trzasnęła z hukiem, ukazał się tuman kurzu. Rąbnął w nią jeszcze kilka razy. Zdyszany cofnął się, przymierzając do następnego ciosu, i wtedy usłyszał okrzyk Tommy'ego:
- Dziadku, przebiliśmy się. Widzę niebo!
Sędzia Pearson zacisnął zęby i niepomny swoich lat, wątpliwości i słabości atakował nadal ścianę, dźgając i krusząc rozsypujący się tynk oraz przegniłe drewno z triumfalnym krzykiem.
Pierwszy strzał Duncana uderzył Ramonŕ w pierś jak cios boksera wagi ciężkiej. Rzucił go do tyłu, na drzwi frontowe. Spazm targnął jego ciałem jak marionetką. Powoli osunął się, usiadł jakby chciał odpocząć. Oczy miał utkwione w podwórko, lecz nie widział nic i zupełnie nie rozumiał, co się z nim stało. Nie rozumiał też, dlaczego nagle zniknęło uczucie zimna. I to była jego ostatnia myśl.
Drugi strzał Duncana trafił go, już martwego, prosto w twarz.
Gdy Duncan wystrzelił po raz drugi, Megan podniosła się i wbiła oszalały wzrok w ciało Ramonŕ Gutierreza, zbryzgane krwią i strzępami mózgu. Cofnęła się z krzykiem.
Duncan wyprostował się i oparł o mur.
Przez moment dookoła znowu zapanował spokój i cisza rozdzwoniła się w mroźnym poranku.
Czuł, że gardło ma zaciśnięte i suche. Widząc wahanie żony wykrzyknął przeraźliwie:
- Ruszaj! Ruszaj, Megan! Dalej! No już!
Przerzucił ciało przez mur, nieomal upuszczając karabin. Pochwycił go, i krzycząc wciąż: - Ruszaj! Ruszaj! Już! - rzucił się biegiem w jej kierunku.
Jego żona odwróciła się w jego stronę z obłędem w oczach. Zobaczyła, że gwałtownie gestykuluje w kierunku drzwi. Gdy ich oczy spotkały się na moment, dojrzał, że kiwnęła głową. Odwróciła się od ciała na ganku i wydała z siebie okrzyk ni to wściekłości, ni przerażenia.
Z bronią w ręku rzuciła się na schody i przeskakując ciało Ramonŕ, wpadła do środka.
- To oni! - wołała Olivia głosem, w którym z krzykiem mieszał się śmiech.
- Kto? - wrzeszczał Bill Lewis, chwytając karabin maszynowy.
- A jak myślisz? - Olivia odbezpieczyła broń. Kolbą roztrzaskała szybę w oknie. Zobaczyła Duncana biegnącego w kierunku domu.
- Ubezpieczaj schody! - wrzasnęła do Lewisa. Wahał się.
- No już, idioto, zanim podejdą bliżej. Skoczył do drzwi sypialni i zniknął w głębi domu.
Karen i Lauren zamarły słysząc strzały.
W ciszy, która nastąpiła obie jednocześnie poczuły jak zamęt w ich głowach przeradza się w paniczny strach, tak jak wtedy, gdy podczas deszczu na ulicy traci się panowanie nad samochodem wpadającym w poślizg.
- Och, mój Boże - wyszeptała Lauren. - Co tam się dzieje?
- Nie wiem - odpowiedziała Karen. - Nie wiem.
- Czy nic im się nie stało?
- Nie wiem.
- Co mamy robić?
- Nie wiem.
- Musimy coś zrobić!
- Co?
- Nie wiem!
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.