Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Kiedy Eva odwiesiła aparat i otarła łzy z oczu, powiedział:
— W piśmie znajdzie pani awaryjny numer telefonu, na wypadek, gdyby cel- nicy znów chcieli panią zatrzymać. FBI wycofało list gończy i wyraziło zgodę, by mogła się pani swobodnie poruszać z dotychczasowym paszportem przez następ-ny tydzień. Eva słuchała w milczeniu. — Znajduje się tam również odpowiedni numer londyńskiego telefonu, gdyby coś się przydarzyło na Heathrow. Dopiero teraz sięgnęła po kartkę i rozłożyła ją. List został wydrukowany na firmowym papierze kancelarii Sandy’ego McDermotta. Adwokat pisał, że w Biloxi sprawy posuwają się błyskawicznie i wszystko jest na dobrej drodze. Prosił, żeby zadzwoniła do jego pokoju hotelowego z lotniska Kennedy’ego. Miał dla niej dalsze instrukcje. Należało zatem wnioskować, że chciał jej przekazać coś, o czym Birck nie powinien się dowiedzieć. Zajechali przed niewielki budynek specjalnego terminalu na północnym skraju lotniska międzynarodowego w Miami. Agenci pozostali w swoim samochodzie, tylko Birck odprowadził ją do środka. Samolot rzeczywiście na nią czekał. Przyszło jej nagle do głowy, że ten połyskujący srebrzyście, zgrabny mały odrzutowiec mógłby ją zabrać do ojczyzny. Z trudem się powstrzymała, aby nie powiedzieć pi-lotowi: „Proszę mnie zawieźć do Rio. Błagam”. Pożegnała się z Birckiem, podziękowała mu za pomoc i weszła na pokład maszyny. Nie miała żadnego bagażu, nawet jednej sztuki odzieży na zmianę. Po-myślała, że Patrick jej za to zapłaci. Zaraz jednak uzmysłowiła sobie, iż gdy tylko znajdzie się w Londynie, wystarczy przecież kilka godzin w salonach przy Bond Street lub Oxford Street, aby zyskać tyle rzeczy, że nie zmieściłyby się w tym 292 odrzutowcu. O tak wczesnej porze Murray Riddleton sprawiał wrażenie szczególnie zmę- czonego i zaniedbanego. Bąknął zdawkowe powitanie sekretarce, która otworzy- ła mu drzwi, i ochoczo przystał na propozycję wypicia mocnej, gorzkiej kawy. Sandy przywitał go uprzejmie, wziął z jego rąk wymiętą marynarkę i poprowa- dził adwokata do salonu, gdzie usiedli wygodnie, żeby omówić ostatnie szczegóły ugodowego podziału rodzinnego majątku. — No to jesteśmy w domu — rzekł Sandy, ujrzawszy podpis Trudy na nie wypełnionych do końca papierach. Murray nie wyobrażał sobie jeszcze jednego spotkania z egzaltowaną damul- ką i jej żigolakiem, toteż wymusił podpisanie ugody in blanco. Z pogardą wyrażał się o awanturze, jaka wybuchła między parą kochanków poprzedniego dnia w je-go gabinecie. Od wielu lat prowadził sprawy rozwodowe, toteż teraz gotów był postawić grube pieniądze, że dni Lance’a w roli pana domu są już policzone. Wcześniej czy później Trudy musiała się ugiąć pod presją sytuacji finansowej. — Zaraz uzupełnimy te punkty — oznajmił McDermott. — Po co ten pośpiech? Przecież i tak macie wszystko, czego chcieliście. — Biorąc pod uwagę istniejącą sytuację, zaproponowane przez nas warunki wydają się całkiem uczciwe. — Tak, jasne. — Jeszcze nie wiesz, Murray, że nastąpił znaczny postęp w spornej sprawie między twoją klientką a towarzystwem Northern Case Mutual. — Jaki znów postęp? — Nie będę omawiał okoliczności, które w gruncie rzeczy nie są istotne dla twojej klientki. Najważniejsze, że Northern Case Mutual zgodziło się wycofać pozew przeciwko Trudy Lanigan. Riddleton przez kilka sekund gapił się na niego wybałuszonymi oczami, a jego dolna szczęka powolutku opadała. Chyba nie był pewien, czy rozmówca nie kpi sobie z niego. Sandy wyjął z szuflady kopię podpisanej umowy, na której wcześniej zaczernił wszystkie paragrafy nie dotyczące Trudy Lanigan. Ale i tak pozostało sporo do czytania. — To jakiś żart? — spytał niepewnym głosem Riddleton, nie podnosząc gło- wy. Bez cienia podejrzliwości ominął zamalowane fragmenty i szybko odnalazł kluczowe dla siebie zapisy, dwa obszerne akapity, nie tknięte przez wiadome-go cenzora. Dwukrotnie przeczytał sformułowane ścisłym, prawniczym językiem zdania o natychmiastowym i całkowitym zaniechaniu wszelkich roszczeń wobec jego klientki. 293 Nie interesowało go, z jakiego powodu została spisana ta umowa. W końcu każde poczynanie Patricka spowijała nieprzenikniona mgła tajemnicy. Wolał też nie zadawać żadnych pytań. — Cóż za miła niespodzianka — mruknął. — Byłem przekonany, że zostanie to dobrze przyjęte. — Naprawdę może zatrzymać cały majątek? — Wszystko, co jej zostało. Murray po raz kolejny przeczytał wnikliwie zdumiewający zapis. — Mogę wziąć tę umowę? — spytał. — Nie. To poufne pismo. Lecz jeszcze dzisiaj powinien wpłynąć do sądu wniosek o wycofanie pozwu, prześlę ci jego kopię. — Dzięki. — Jest jeszcze coś — dodał Sandy, wręczając Riddletonowi analogicznie
|
Wątki
|