Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Bierzesz ją i tnie. Weź i farangów, jeśli mają być narzędziem w twoich rękach. A jeśli narzędzie zwraca się przeciwko tobie, przetapiasz je. Masz przynajmniej surowy metal”.
Korzystaj z każdego narzędzia. Jaidee, zawsze praktyczny. Ale to boli. Biją się i żebrzą o każdy strzęp zagranicznej wiedzy, żeby przetrwać, żywią się resztkami, jak cheshire’y. Tyle wiedzy jest zamknięte na amerykańskim Środkowym Zachodzie. Gdy na świecie pojawia się jakiś obiecujący genetyk, wszyscy kuszą go, zastraszają i przekupują, żeby pracował wśród najlepszych w Des Moines lub Changshy. Żeby przeciwstawić się PurCalowi, AgriGenowi czy RedStarowi, potrzeba dobrego naukowca. A jeśli nawet znajdzie się taki, który może się mierzyć z kaloriarzami, to co ma mu do zaproponowania Królestwo? Nawet najlepsze tutejsze komputery są całe generacje do tyłu za firmami kalorycznymi. Odpycha od siebie tę myśl. Żyjemy. Żyjemy, choć upadły całe państwa i królestwa. Choć Malezja to mordercza dżungla. Choć Kowloon jest pod wodą. Choć Chiny są podzielone, Wietnam upadł, a Birma to nic tylko głód. Nie ma już amerykańskiego imperium. Unia Europejczyków rozpadła się i podzieliła. A my przetrwaliśmy, nawet rośniemy. Królestwo żyje. Dziękujmy Buddzie, że wyciąga do nas miłosierną dłoń, a nasza Królowa ma duże zasługi w ściąganiu tych przerażających cudzoziemskich narzędzi, bez których bylibyśmy kompletnie bezbronni. Dociera do ostatniej kontroli. Znów sprawdzają jej papiery. Rozsuwają się drzwi, zapraszają ją do elektrycznej windy. Czuje zasysane powietrze – podciśnienie, drzwi się zamykają. Kanya spada w głąb ziemi, jakby leciała do piekła. Myśli o zaludniających tę straszną instytucję wygłodniałych duchach. Duchach umarłych, którzy poświęcili życie, by okiełznać trzęsące światem demony. Czuje gęsią skórkę. W dół. I w dół. Drzwi windy rozsuwają się. Biały korytarz, Śluza. Zdjąć ubranie. Pod gęsty od chloru prysznic. Wyjść po drugiej stronie. Chłopak podsuwa jej laboratoryjny kitel, porównuje dokumenty z listą. Informuje ją, że nie będzie musiała przechodzić drugiej procedury bezpieczeństwa, i rusza kolejnymi korytarzami. Tutaj naukowcy mają udręczone miny ludzi świadomych, że są oblężeni. Wiedzą, że za kilkoma parami drzwi czyhają na nich wszystkie apokaliptyczne plagi. Gdy myśli o tym, wilgotnieją jej trzewia. To była siła Jaideego. Wierzył w swoje przeszłe i przyszłe życia. A Kanya? Kilkanaście razy odrodzi się, żeby umrzeć na cibiskozę, zanim będzie jej wolno pójść dalej. Taka kamma. – Trzeba było się nad tym zastanowić, zanim mnie im wydałaś – mówi Jaidee. Kanya potyka się, słysząc ten głos. Jaidee idzie kilka kroków za nią. Kanya traci dech i przyciska się plecami do ściany. Jaidee przekrzywia głowę, przygląda się jej. Kanya nie może oddychać. Czy po prostu udusi ją tutaj, mszcząc się za zdradę? Jej przewodnik przystaje. – Źle się pani czuje? – pyta. Jaidee zniknął. Serce Kanyi wali jak młotem. Poci się. Gdyby była gdzieś głębiej w strefie niebezpiecznej, musiałaby poprosić o zamknięcie na kwarantannie, błagać, żeby jej stąd nie wypuszczali, żeby uwierzyli, że złapała jakąś bakterię albo wirusa i niebawem umrze. – Ja... – jąka się, przypominając sobie krew na schodach siedziby generała Prachy. Poćwiartowane ciało Jaideego, starannie przygotowana drastyczna przesyłka. Okropna śmierć. – Mam wezwać lekarza? Kanya próbuje opanować oddech. Nawiedza ją Jaidee. Chodzi za nią jego phii. Usiłuje okiełznać strach. – Nic mi nie jest. – Kiwa na przewodnika. – Idźmy. Niech to się skończy. Minutę później przewodnik staje przed drzwiami i wskazuje Kanyi, że ma wejść. Gdy otwiera drzwi, Ratana unosi wzrok znad dokumentów. Uśmiecha się lekko w blasku monitora.
|
Wątki
|