Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
W ciszy wśród młodych mężczyzn podniósł się szmer.
- Oddajcie nam wiedźmę! - krzyknął ktoś. - Nie - rzucił Azver, nie zdołał jednak powiedzieć nic więcej. Trzymał w dłoni laskę z zielonej wierzbiny, była ona jednak tylko pozbawionym mocy kawałkiem drewna. Z czwórki mistrzów jedynie Odźwierny wystąpił naprzód. - Zaufaliście mi, podając swe prawdziwe imiona. Czy zaufacie mi i teraz? - Ufamy ci, panie - powiedział jeden z nich, młodzian o pięknej, ciemnej twarzy, trzymający w ręce dębową laskę czarnoksiężnika. - Prosimy zatem, byś pozwolił wiedźmie odejść i przywrócił spokój. Nim Odźwierny zdążył odpowiedzieć, Irian wystąpiła naprzód. - Nie jestem wiedźmą - rzekła. Jej głos w odróżnieniu od niskich męskich tonów zabrzmiał wysoko, metalicznie. - Nie znam waszej sztuki. Brak mi wiedzy. Przybyłam, by się uczyć. - Nie uczymy tu kobiet - odparł Mistrz Wiatrów. - Wiesz o tym. - Niczego nie wiem. - Postąpiła krok naprzód, spoglądając wprost na maga. - Powiedz mi, kim jestem. - Znaj swoje miejsce, kobieto - rzucił zimno. - Moje miejsce - odparła powoli, przeciągając słowa - moje miejsce jest na wzgórzu, tam gdzie wszystko jest tym, czym jest naprawdę. Powiedz trupowi, że tam się z nim spotkam. Mistrz Wiatrów milczał, lecz jego towarzysze zaczęli gorączkowo szeptać. Kilku ruszyło ku dziewczynie. Azver stanął przed nią. Jej słowa uwolniły go z paraliżu wiążącego ciało i umysł. - Powiedźcie Thorionowi, że spotkamy się z nim na Pagórku Roke - oznajmił. - Gdy się zjawi, już tam będziemy. A teraz chodź ze mną - rzekł do Irian. Mistrzowie Imion i Ziół oraz Odźwierny też podążyli w głąb Gaju. Otwierała się przed nimi ścieżka, kiedy jednak kilku młodzieńców ruszyło ich śladem, ścieżka zniknęła. - Wracajcie - polecił im Mistrz Wiatrów. Zawrócili niepewni. Zniżające się słońce wciąż jeszcze oświetlało dachy Wielkiego Domu i pola, lecz wewnątrz Gaju władały cienie. - Sztuczki - powtarzali uczniowie. - Bluźnierstwo. Świętokradztwo. - Lepiej już chodźmy. Twarz Mistrza Wiatrów była zacięta i ponura. W jego bystrych oczach krył się lęk. Stary mag ruszył w stronę Szkoły, a uczniowie podążali za nim, spierając się i dyskutując gniewnie. *** Nie dotarli daleko w głąb Gaju i wciąż szli brzegiem strumienia, gdy Irian przystanęła, odwróciła się i przykucnęła przy ogromnych, splątanych korzeniach nachylonej nad wodą wierzby. Czterej magowie zostali na ścieżce. - Przemawiała innym oddechem - rzekł Azver. Mistrz Imion przytaknął. - Musimy zatem pójść za nią? - spytał Mistrz Ziół. Tym razem Odźwierny skinął głową. Uśmiechnął się słabo. - Na to wygląda. - Doskonale - rzekł Mistrz Ziół, nie tracąc cierpliwości. Odszedł kilka kroków i ukląkł, by obejrzeć małą roślinkę czy może grzyb wśród poszycia. Czas jak zawsze w Gaju pozornie stał w miejscu, a jednak upływał. Wieczór nadszedł w kilku długich oddechach, drżeniu liści, dalekim śpiewie ptaka i głosie innego, odpowiadającego z jeszcze większej oddali. Irian powoli wstała. Nic nie mówiła, wróciła na ścieżkę i ruszyła naprzód. Czterech mężczyzn pospieszyło za nią. Wiał rześki wietrzyk. Na zachodzie wciąż jeszcze płonęły słoneczne łuny, gdy przebyli strumień i ruszyli przez łąki na Pagórek Roke, wznoszący się przed nimi niczym wysoka czarna kopuła na tle nieba. - Nadchodzą - rzekł Odźwierny. Z ogrodów na ścieżkę wiodącą z Wielkiego Domu wysypywali się ludzie, wszyscy magowie, wielu uczniów. Prowadził ich Mistrz Przywołań, Thorion, wysoki, w szarym płaszczu, dzierżący w dłoni laskę z białego jak kość drewna, otoczoną słabym blaskiem magicznego światła. W miejscu gdzie dwie ścieżki spotykały się ze sobą, by wspiąć się na zbocze Pagórka, Thorion przystanął. Irian ruszyła ku niemu. - Irian z Way - powiedział Mistrz Przywołań głębokim, czystym głosem. - Aby mógł zapanować pokój i porządek, dla dobra równowagi wszechrzeczy nakazuję ci opuścić tę wyspę. Nie możemy dać ci tego, o co prosisz. Wybacz nam. Jeśli jednak zechcesz zostać tutaj, zmusisz nas, byśmy ci pokazali, co oznacza złamanie prawa. Wyprostowała się, niemal dorównywała mu wzrostem. Długą chwilę milczała. - Chodź na pagórek, Thorionie - przemówiła wysokim, szorstkim głosem. Pozostawiła go u zbiegu dróg i przeszła kilka kroków w górę zbocza. Odwróciła się i spojrzała na maga. - Czemu tu nie wejdziesz? - spytała. Powietrze wokół nich ciemniało. Na zachodzie jarzyła się jedynie ciemnoczerwona linia. Na wschodzie, nad morzem niebo zasnuły chmury. Mistrz Przywołań powoli uniósł ręce i białą laskę w geście towarzyszącym zaklęciu, przemawiając w mowie znanej wszystkim czarnoksiężnikom i magom z Roke, w języku ich sztuki, Mowie Tworzenia. - Irian, twoim imieniem przyzywam cię i nakazuję, byś była mi posłuszna! Dziewczyna zawahała się. Na moment zdawała się ustępować, podchodzić ku niemu, potem jednak wykrzyknęła: - Nie jestem tylko Irian! To słysząc, Mistrz Przywołań pobiegł z wyciągniętymi rękami, jakby chciał ją pochwycić. Oboje znaleźli się na wzgórzu. Górowała nad nim, wznosząc się coraz wyżej, niewiarygodnie wyżej. Między nimi zapłonął ogień, czerwony płomień rozbłysł w mroku. Zalśniły czerwonozłote łuski, załopotały skrzydła - a potem wszystko zniknęło. Pozostała jedynie kobieta na ścieżce i wysoki mężczyzna chylący się przed nią powoli, osuwający na ziemię i zamierający w bezruchu. Mistrz Ziół, uzdrowiciel, poruszył się pierwszy. Podszedł ścieżką i ukląkł obok Thoriona. - Panie, mój przyjacielu. Odchylił gruby szary płaszcz. Kryły się pod nim tylko strzępki ubrania, suche kości i laska. - Tak jest lepiej, Thorionie - rzekł, lecz z oczu płynęły mu łzy. Stary Mistrz Imion wystąpił naprzód. - Kim jesteś? - spytał kobietę na wzgórzu. - Nie znam mojego drugiego imienia - odparła w Mowie Tworzenia. W języku smoków. Ruszyła w górę wzgórza. - Irian! - zawołał Mistrz Wzorów Azver. - Wrócisz do nas? Zatrzymała się i pozwoliła doścignąć.
|
WÄ…tki
|