Łóżko stojące u przeciwległej ściany pod srebrną gwiazdą Eanny prezentowało się okazale, bo Danoleon należał do ros­łych mężczyzn, było solidne,...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Żad­nego baldachimu, zwykłe sosnowe słupki w czterech rogach i sosnowe wezgłowie. Było też puste.
Devin, nerwowo idący za Alessanem i wysokim kapłanem, spodziewał się zastać w nim umierającą kobietę. Spojrzał, mocno skrępowany, w kierunku drzwi ustępu. I prawie pod­skoczył z zaskoczenia, kiedy z cienia przy ogniu, gdzie nie dochodziło wpadające przez okna ukośne światło, rozległ się głos:
- Kim są ci obcy?
Sam Alessan bezbłędnie odwrócił się w kierunku ognia, gdy tylko wszedł do pokoju - Devin nigdy się nie dowiedział, jakim zmysłem się kierował - sprawiał więc wrażenie opanowanego i nie zaskoczonego, kiedy odezwał się ten zimny głos. Ani kie­dy z cieni wynurzyła się kobieta i stanęła przy jednym z foteli, a potem na nim usiadła, trzymając się bardzo prosto i patrząc na niego z wysoko uniesioną głową. Patrzyła na nich wszyst­kich.
Pasithea di Tigana bren Serazi, żona księcia Valentina.
W młodości musiała być kobietą niedoścignionej urody, co wciąż było widoczne, nawet tutaj, nawet teraz, na progu ostat­niego portalu Moriany. Wydawała się wysoka i bardzo szczu­pła, chociaż po części zawdzięczała to wyraźnie toczącej ją od środka chorobie. Widać to było w jej twarzy, tak bladej, że nie­mal przezroczystej, w której kości policzkowe odcinały się zbyt ostro. Szyję zasłaniał jej wysoki, sztywny kołnierz szkarłatnej szaty, której barwa podkreślała nienaturalną, nieziemską bla­dość księżnej - Devin pomyślał, że wyglądała, jakby już prze­szła na stronę Moriany i spoglądała na nich z przeciwnego brzegu.
Jej długie palce zdobiły jednak złote pierścienie, pochodzące zdecydowanie z tego świata, a w naszyjniku układającym się na jej szacie lśnił oślepiającym blaskiem niebieski klejnot.
Włosy miała zebrane w czarną siatkę, które to uczesanie już dawno wyszło z mody w Dłoni. Devin był całkowicie pewien, że aktualna moda nie znaczyłaby dla tej kobiety nic, absolutnie nic. Właśnie wtedy obrzuciła go taksującym spojrzeniem, po czym przeniosła je na Erleina, a w końcu popatrzyła na swego syna.
Syna, którego nie widziała od czasu, kiedy miał czternaście lat.
Oczy miała szare jak Alessan, lecz twardsze, lśniące i zim­ne, ukrywające swą głębię, jakby tuż pod powierzchnią tkwił w nich jakiś półszlachetny kamień. Błyszczały, nieposkromio­ne i wyzywające w świetle zalewającym pokój, i w chwili, kie­dy znów miała się odezwać - nawet nie czekając na odpowiedź na swoje pierwsze pytanie - Devin uświadomił sobie, że w jej oczach widzi furię.
Niemal przebijała ona z tego wyniosłego oblicza i postawy oraz z palców, mocno ściskających poręcze fotela. Był to we­wnętrzny płomień gniewu, który dawno temu wyszedł poza domenę słów czy jakiejkolwiek innej formy ekspresji. Umiera­ła na wygnaniu, podczas gdy człowiek, który zabił jej męża, rządził jej ziemią. Wszystko to było widoczne dla każdego, kto znał choć połowę tej historii.
Devin przełknął ślinę i zwalczył chęć przesunięcia się w kierunku drzwi, poza zasięg jej wzroku. W chwilę później zdał sobie sprawę, że może się nie trudzić jeśli chodzi o tę kobietę w fotelu, to on jest dla niej niczym. Jakby go w ogóle nie było. Nie zapytała po to, żeby uzyskać odpowiedź; tak naprawdę nie obchodziło jej, kim są. Chciała się rozmówić z kim innym.
Przez długi czas, ciąg chwil wydający się wisieć w nieskoń­czoność w tej ciszy, lustrowała Alessana bez słowa. Jej blada twarz o wielkopańskich rysach niczego nie zdradzała. W koń­cu, powoli potrząsając głową, rzekła:
- Twój ojciec był takim przystojnym mężczyzną.
Devin wzdrygnął się na te słowa i ton głosu, lecz Alessan nie zareagował. Skinął głową, ze spokojem przyjmując werdykt matki.
- Wiem. Pamiętam. Tak jak moi bracia. - Uśmiechnął się ironicznie. - Ta cecha zapewne się wyczerpała, nim zdążyła dojść do mnie.
Mówił łagodnym tonem, ale kiedy skończył, spojrzał ostro na Danoleona, który wyczytał w jego spojrzeniu polecenie. Wysoki kapłan mruknął coś do Torre, który szybko wyszedł z pokoju.
Aby stanąć na straży u drzwi, pomyślał Devin, czując mimo płonącego ognia chłód. Zostały tu właśnie wypowiedziane sło­wa, które mogły sprowadzić na nich wszystkich śmierć. Zerk­nął na Erleina i zobaczył, że czarodziej wyjął harfę z futerału. Senzianin z ponurą miną zajął miejsce przy wschodnim oknie i zaczął cicho stroić instrument.
Oczywiście, pomyślał Devin, Erlein wie, co robi. Przyszli tu pod pretekstem zagrania dla umierającej kobiety. Byłoby dziw­ne, gdyby z tego pokoju nie dobiegały dźwięki muzyki. Z dru­giej strony nie bardzo miał ochotę teraz śpiewać.
- Muzycy - powiedziała z pogardą siedząca w fotelu kobieta do swego syna. - Jakie to wspaniałe. Przyszedłeś, żeby mi za­grać jakąś skoczną melodyjkę? Żeby mi pokazać, jak wielkich nabrałeś umiejętności w tak ważnej dziedzinie? Żeby ulżyć matczynej duszy przed śmiercią?
Alessan nie poruszył się, chociaż on też teraz pobladł. W żaden inny sposób nie zdradził jednak swego napięcia, poza może zbyt swobodną postawą, przesadnym udawaniem spokoju.
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.