— Szkoda, że go przedtem nie ugotowałem — mruczał pod nosem — byłby miększy i o wiele szybciej by wzeszedł!Pole było pod lasem, na piewszych z brzegu sosnach siedziały...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Jak tylko zobaczyły, że Honza rozrzuca po polu groch, zaczęły jeden przez drugiego gruchać:
— Gru-oo-chu, gru-oo-chu, Honzuniu, daj nam groochuu! Honza słuchał tego gruchania przez chwilkę, po czym nie
rzekłszy ani be, ani me, rozrzucał groch dalej. Aż tu gołębie całą chmarą spadły na pole i zaczęły groch wydziobywać, gdzie tylko go Honza posiał. Widząc to, po drugiej zaledwie czapce, którą jak raz kończył rozsypywać, zeźlił się:
— Ładne kwiatki, ja będę nogi ciągał po całym polu, a wy mi będziecie wszystko wyjadywać za piętami! Nie ma głupich! Na, macie tutaj na kupie, przynajmniej nóg oszczędzę i odpocznę sobie po tej mitrędze!
Wysypał groch z worka na jedną kupę, uwalił się opodal i pusty worek włożył sobie pod głowę. Gołębie rzuciły się na groch, do leśnego stadka siniaków hurmem zleciały się głodomory skalne i ich kumoterkowie z wiejskich gołębników i zanim oddzwoniono południe, wydziobały wszystko co do ziarnka. Po tej sowitej uczcie przyfrunął najstarszy gołąb trzymając
282
w dziobie złotego dukata, którego leśne siniaki znalazły w gnieździe sroczym, i rzucił go Honzie:
— Na, masz, Honzuniu, za ten groszek!
Honza wsadził dukata do kieszeni i był zadowolony. Sianie grochu miał z głowy, teraz jedynie czekał, żeby mu przyniesiono obiad. Ale u kmiecia był zwyczaj, że każdy brał sobie sam w pole pajdę chleba z twarogiem. Tedy Honza czekał po próżnicy. Jakoż w końcu nie wytrzymał, bo mu żołądek kruczał już jak diabli, wsiadł na furę i ruszył na obiad do wsi. Po drodze natknął się na swojego gospodarza, orzącego zagon pod buraki. Kmieć, ujrzawszy Honzę, z daleka do niego zawołał:
—- No jak, posiałeś?
— Posiałem, wszystko co do ziarnka — przytaknął Honza z zadowoleniem. ¦— A do wieczora co mam niby robić?
•— Ano przy grochu, co mu przynależy! — krzyknął gospodarz, mając na myśli zagrabywanie i bronowanie.
Honza przyjechał do zagrody, w obejściu nie zastał żywej duszy, gdyż wszyscy byli w polu. Ukroił porządny połeć słoniny, co wisiała w komorze, napchał w kieszenie chleba i kiedy przegonił głód, zaczął myśleć, co niby ma teraz robić. Jak to gospodarz powiedział? Przy grochu, co mu przynależy? No, co w powszedni dzień przynależy do grochu, jak nie kasza! Toż to i w śpiewce jest:
A przy grochu kasza,
marna dola nasza,
to nas czeka dzień w dzień!
A w niedzielę przynależy do grochu elegancki kawał wędzonki z kiszoną kapustą, o tym wiedzą nawet małe brzdące zasmarkańce. Że wędzonka rośnie raczej w chlewku, a nie na polu, w tym Honza się orientował, nałożył tedy na wóz worek kaszy, którą miała gospodyni w spichlerzyku, i ostatnią beczkę kiszonej kapusty, co pozostała w obejściu po zimie, po czym jazda z powrotem w pole, żeby zadość uczynić gospodarzowi.
Gołębie już miały pełne wola grochu, do kaszy się nie gar-
283
nęły, tak że Honza był zmuszony nabierać ją w czapkę i roz-* rzucać po polu. Jakiś czas go nawet to bawiło, ale wreszcie przyszło mu do głowy, że od tego ustawicznego rozrzucania może go rozboleć ręka i będzie dla niego lepiej, jak wysieje ją prosto z wozu.
Narobił w worku z kaszą dziur, żeby się sama sypała, worek rzucił na tył gnojaka i jeździł po polu wszerz, w poprzek i na skos, tak jak akuracik mu się zachciało. Rychło worek się spłaszczył, a na brunatnej powierzchni gleby widać było białe pręgi zygzakami znaczące drogę, którą Honza kaszę wytrząsał. Następnie przewrócił do góry dnem beczkę kiszonej kapusty i całą tę kupkę, która wypadła na ziemię, rozrzucił widłami po uwrociu.
Wieczorem zapytał gospodarz Honzę:
— No jak, zrobiłeś wszystko, co przynależało?
— A jakże, panie ociec, nasamprzód posiałem groch, potem zaraz przy nim kaszę, żeby gospodyni miała wszystko po gromadzie, kiedy zabierze się do gotowania. A uwrocie obsiałem kiszoną kapustą, co przynależy do grochu w niedzielę!
Kmieć złapał za kij i pogonił Honzę przez całą wieś, póki mu z oczu całkiem nie zniknął w ciemności za wsią.
Oj, biedny Honza! Dokąd teraz miał się udać? We wsi bał się pozostawać, żeby go gospodarz nie przyszedł sprać w biały dzień, toteż postanowił, że pójdzie w świat. Gościńcem akuracik z turkotem toczył się powóz, Honza uczepił się go z tyłu i dojechał do pierwszej karczmy. Tam jak raz smażono dla furmanów znakomite wątrobianki, ich zapach tak uderzył Honzę w nos, że natychmiast zeskoczył na ziemię i wcisnął się do karczmy.
Po kieszeniach miał jeszcze parę kawałków chleba, co go sobie ukrajał na zapas, a w małej kieszonce serdaka uwierał go złoty dukat, którego dostał od gołębia za groch. Rozsiadł się tedy jak basza pośrodku szynku, a gdy karczmarz przechodził do sąsiedniego stołu z brytfanką, pełną elegancko przypieczonych, pachnących wątrobianek, na które czekali głodni furmani
284
i kupcy, stuknął dukatem w dębowy blat, aż brzęknęło, i w głos zażyczył sobie:
— Taką samą brytfankę i dla mnie!
Opodal w rogu szynkowni siedzieli trzej wygłodniali wędrownicy, którym nadaremno ciekła ślinka od tej rozkosznej woni i aż do tej chwili myśleli, że dzisiaj sądzone im iść spać
WÄ…tki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak ciÄ™ zĹ‚apiÄ…, to znaczy, ĹĽe oszukiwaĹ‚eĹ›. Jak nie, to znaczy, ĹĽe posĹ‚uĹĽyĹ‚eĹ› siÄ™ odpowiedniÄ… taktykÄ….