W końcu najstarszy wiekiem Michelis z gęstymi szpako­watymi wąsami zdobył się na śmiałość:— Gdyby cię tam nie było, majstrze Aleksy, nasze...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.

— Zamknij gębę! — zawołał Zorba z pełnymi ustami i nikt nie ważył się rzec nic więcej.
 
10.
 
“Kto stworzył ten labirynt niepewności, tę świątynię dufności, naczynie grzechu, pole usiane tysiącem zasadzek, przedsionek piekła, kosz po brzegi napełniony chytrością, truciznę słodką jak miód, łańcuch, który wiąże śmiertel­nych z doczesnością — kobietę?"
Siedziałem na ziemi obok rozpalonego piecyka i spisy­wałem powoli, w skupieniu poemat o Buddzie. Próbowa­łem nim niby zaklęciem wypędzić z myśli urok owego zmoczonego deszczem ciała o rozkołysanych biodrach, któ­re każdej nocy przewijało się przed mymi oczami, to po­jawiając się, to niknąc. Zaraz po katastrofie w kopalni, gdzie byliśmy o włos od śmierci, obraz wdowy zaczął burzyć mi krew. Wabił z pierwotną siłą, błagalnie, rozkazu­jąco.
“Chodź, chodź! — wołała do mnie. — Życie przemija jak błyskawica. Chodź szybko, chodź, chodź, zanim będzie za późno!"
Wiedziałem, że to widmo, szatański duch wcielony w ko­bietę o bogatych kształtach, pełnych biodrach. Walczyłem. Zacząłem znów pisać “Buddę", broniąc się jak barbarzyń­cy, którzy na ścianach swych grot ryli ostrym kamieniem albo malowali czerwonymi farbami podobizny krążących wokół nich, wygłodniałych drapieżników. Rzeźbiąc lub malując ich wizerunek, chcieli je przykuć do skały, unie­ruchomić, by nie rzuciły się na nich.
W dniu, kiedy omal nie zostałem zmiażdżony przez skały, wdowa wtargnęła do mojej samotni gorącym wiewem, wa­biąc mnie kołysaniem bioder. Za dnia, kiedy byłem silny i miałem trzeźwy umysł, mogłem odpędzić jej obraz. Opisywałem, jak kusiciel nawiedził Buddę, jak przeobra­ziwszy się w kobietę oparł jędrne, wysokie piersi o kolana ascety, jak Budda, spostrzegłszy niebezpieczeństwo, zebrał wszystkie swe siły i zmusił szatana do ucieczki. Po każ­dym napisanym zdaniu odczuwałem ulgę, przypływ otu­chy, czułem, jak szatan cofa się przed wszechwładnym za­klęciem słowa. W dzień walczyłem ze wszystkich sił, ale w nocy myśli moje stawały się bezbronne i przez otwarte drzwi wchodziła wdowa.
Rano budziłem się wyczerpany i pokonany, a walka za­czynała się od nowa. Czasami unosiłem głowę znad papie­rów. Było to zwykle pod koniec popołudnia; światło nikło, osaczała mnie ciemność. Dni były coraz krótsze, zbliżało się Boże Narodzenie. Walczyłem wciąż zaciekle, mówiąc sobie: “Nie jestem samotny. Tak potężna siła jak światło i też walczy, raz pokonana, kiedy indziej — zwycięska, bu­dząca nadzieję. Będę walczył i zwyciężę wraz z nią".
Wydawało mi się, że moja walka z wdową jest zgodna z rytmem wszechświata i to napawało mnie otuchą. Podstępna materia przybrała jej postać, by stłumić i ugasić, płonący we mnie żar, tę niezwyciężoną siłę, która prze­istacza materię w ideę. W każdym człowieku istnieje cząstka tego boskiego tchnienia, dlatego potrafi on prze­mienić chleb, wodę czy mięso w myśl i czyn. Prawdę mó­wi Zorba: “Powiedz mi, jaki użytek robisz z tego, co jesz, a powiem ci, kim jesteś!" Tak więc w bolesnym wysiłku swe ogromne pożądanie przekształciłem w pieśń o Bud­dzie.
— O czym dumasz? Widzę, że jesteś nieswój, szefie — rzekł do mnie pewnego wieczoru, w Wigilię Bożego Naro­dzenia, Zorba, który domyślał się, z jakim demonem wal­czę.
Udałem, że nie słyszę. Ale Zorba nie dawał tak łatwo za wygraną.
— Jesteś młody, szefie — powiedział, a w głosie jego za­brzmiała gorzka nuta. — Jesteś młody, zdrowy, dobrze jesz i pijesz, wdychasz czyste, morskie powietrze, groma­dzisz siły — i na co je obracasz? Spisz samotnie. Szkoda! Nie trać czasu, idź tam jeszcze tej nocy. Życie jest proste, szefie — ile razy mam ci to powtarzać? Nie komplikuj go!
Wertowałem rozłożony przede mną rękopis “Buddy", słuchałem słów Zorby, otwierających przede mną rów­ną — zdawałoby się — i szeroką drogę. Ale był to głos ku­siciela.
Milczałem, zdecydowany stawić opór. Przeglądając wol­no rękopis, pogwizdywałem, żeby ukryć wzburzenie. Lecz Zorba, poczuwszy w moim milczeniu sprzeciw, wybuch­nął:
— Dziś jest noc wigilijna. Idź, chłopie, szybko, zanim ona pójdzie do kościoła. Tej nocy narodził się Chrystus, ty również uczyń cud!
Wstałem zdenerwowany:
— Dosyć, Zorba! Każdy człowiek wybiera swoją drogę, a ludzie różnią się miedzy sobą jak drzewa. Czy miałeś kiedy pretensje do figowca, że nie rodzi czereśni? Milcz więc! Dochodzi północ, chodźmy do kościoła uczcić naro­dziny Chrystusa.
Zorba wcisnął głęboko na głowę ciepłą zimową czapę:
— Dobrze — zgodził się znudzony — chodźmy. Ale że­byś wiedział, że lepiej uczciłbyś dziś Boga, gdybyś jak ar­chanioł Gabriel nawiedził wdowę. Gdyby Bóg chodził two­imi drogami, szefie, nigdy nie trafiłby do Marii i Chrystus nigdy by się nie urodził. Gdybyś zapytał mnie o bożą ścieżkę, odparłbym: Zdąża ona do Marii, a Maria to wdo­wa.
Zamilkł, na próżno oczekując odpowiedzi. Pchnął moc­no drzwi i wyszliśmy. Niecierpliwie trącał końcem laski kamyki.
— Tak, tak — powtarzał z uporem. — Maria to wdowa.
— Chodźmy — powiedziałem. — Nie krzycz!
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.