Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Drugiej, uważasz pan, nie myłem.
— Dawno? — Dosyć. Tak mniej więcej od Wielkanocy. — No to sporo, teraz już po Zielonych Świątkach. A dlaczego? — Nie wiedziałem, że będzie potrzebna. — A miednice masz pan w domu? — Mam nawet łazienkie. — No chyba w wannie świni pan nie trzymasz? — Skąd. Pieczarki hoduje. — Po co? — Mam takie słabość, a piwnica ciasna, ledwo węgiel się zmieścił. Łazienka bez okna — pieczarka to lubi. Nawet światła nie zapalamy, bo jej szkodzi. Ale taki był kontent, że się pozbył odciska, że zaprosił mnie pod budkie na większe jasne z wianuszkiem, a potem do kina. Ale ze względu na te jego drugie nóżkie odmówiłem. Myślę sobie: w kinie da się odczuć i na mnie będą ludzie podejrzanie patrzyli. Chociaż nie zawsze i nie w każdem. Są takie, że faktycznie nie wiadomo, kto z publiki mydła nie nadużywa i gdzie nawet przedwojenne szprycowanie powietrza leśną wodą by nie pomogło. Jak sobie przypomniem, że nawet starożytne Rzymiani mieli łazienki i co dzień się kąpali, przykrość da się odczuć, że my w wannach rolnictwo prakty- kujem. A w Rzymie dochodziło do tego, że taka na przykład Epopea, żona Nerona, w oślem mleku kąpiel sobie brała. Wpada raz Neron do mieszkania, pociąga no- sem i mówi: co tu tak mlecznem barem czuć? Wszystko się wydało, a że tego dnia jak raz na śniadanie była biała kawa z kożuszkiem, Nerona zemgliło, zdenerwował się i kazał małżonkie udusić. Rzecz jasna, że każda przesada do niczego dobrego nie prowadzi. Totyż nie wymaga się, żeby się ktoś kąpał w mleku, nawet krowiem, wystarczy woda. A już nóżki trzeba uwzględniać jak najczęściej, i to obydwie, nawet nie udając się do pedikuru, kina czy w goście. Kapelusz wujaszka A swojem porządkiem, w takie atomowe lato, jak obecnie, najlepiej się spę- dza urlop w Warszawie. Schować się można w każdej chwili przed deszczem. A nad morzem czy na Kasprowem moknie człowiek i jeszcze za to płaci. Toteż nic dziwnego, że w Warszawie obecnie wycieczek a wycieczek, cała prowincja się do nasz zjechała. Oprócz tego cudzoziemcy z Ameryki, z Berlina całemy kupamy po mieście chodzą i oglądają te naszą rzadką stolice. Ale nie zawsze zostają się jak się należy pojenformowane o tem, na co się patrzą. Ja w miarę możności staram się przychodzić z pomocą takiem zabłąkanem turystom. Idę sobie na przykład wczoraj przez ulice Krucze, koło Grand Hotelu i wi- dzę, że starszy facet w słomianem kapeluszu z wstążką w kwiatki posuwa sobie wolniutko i rozgląda się naokoło, jakby czegoś poszukiwał. Nikt inszy, tylko tak zwany wujaszek z Ameryki. Podchodzę i zaznaczam: — Pan szanowny z pewnością, jako eksportowany rodak, po dłuższem czasie ojczyznę zwiedza? A on przyświadcza, że faktycznie, czterdzieści lat był nieobecnem w Warsza- wie i ani rusz nie może swojej rodzonej stolicy poznać. Mówię na to: — Co pan się dziwisz, ja stale zamieszkuje na miejscu i często gięsto nie poznaje po tygodniu niejednej ulicy. — Ciągle nowych domów przybywa i ulica zmienia swój wygląd? — To też, ale nie tak często. Najgorzej jest, jak budkie z piwem, do której oko jest przyzwyczajone, w inne miejsce przeniesą, wtenczas zdechł pies, stoisz pan jak kto głupi, bo wszystkie domy podobne. Pomimo tego w miarę możności mogie panu szanownemu kawałek Warszawy pokazać. — I owszem — on na to. — Od czego zaczniemy? — Może od Pomarańczami? — A cytryny tyż tam są? — I pomarańcz nie ma. Nazwa tylko się taka została, w Łazienkach się to znajduje. — A co tam dają? 250 — Barbarę Radziwiłłównę.
|
Wątki
|