Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Mimo że te filmy stanowiły stałe tło naszego życia i czasami miałem wrażenie, że tracę od nich rozum, czułem się zbyt wyczerpany, żeby wyłączyć telewizor.
Akcja przeniosła się tymczasem z pokrytej lodem równiny na mroczne bulgoczące bagna, gdzie mądry stary mistrz opowiadał Luke’owi Skywalkerowi o jego przeznaczeniu. A ja zdałem sobie nagle sprawę, jak wiele osób pełniło wobec Lukę’a role ojca, role, które razem wzięte zdawały się wyczerpywać wszelkie rodzicielskie możliwości. Mamy tu więc Yodę, pomarszczonego starca ze spiczastymi zielonymi uszami, który zawsze służy dobrą radą. Jest też Obi-Wan Kenobi, który łączy przymioty domorosłego kaznodziei z cokolwiek staroświecką twardą miłością. I mamy na koniec Dartha Vadera, Mrocznego Władcę Sith, którego postępowanie jest prawdopodobnie najbardziej zgodne z duchem naszych czasów. To ojciec, który jest nieobecny, który zaniedbuje syna i stawia własne pragnienia — w przypadku pana Vadera chęć podbicia wszechświata — ponad wszelkie rodzicielskie obowiązki. Mój stary był zdecydowanie w typie Obi-Wan Kenobiego. I ja też chciałem być tego rodzaju ojcem. Zasypiając pośród ofert pracy na sofie, podejrzewałem jednak, że bardziej przypominam faceta w czarnym hełmie, ojca, któremu stale brakuje cierpliwości i czasu, na zawsze skazanego na pozostanie po ciemnej stronie. Rozdział 14 — Wiem, że w domu wyłoniły się pewne problemy — powiedziała przedszkolanka takim tonem, jakby zepsuła się nam zmywarka i wystarczyło znaleźć odpowiedni numer na żółtych stronach, żeby nasze życie wróciło do normy. — I niech pan mi wierzy, wszyscy w Canonbury Cubs bardzo współczujemy Patowi. To prawda. Przedszkolanki w Canonbury Cubs bardzo się zawsze przejmowały, kiedy przywoziłem rankiem Pata. Były uosobieniem łagodności, gdy krew ponownie odpływała mu z twarzy, zaczynała drżeć dolna warga, a wielkie niebieskie oczy wypełniały się łzami na myśl, że zabiorą go ode mnie na kolejny dzień. Ale ostatecznie to nie był ich problem. I bez względu na to, jak były miłe, nie potrafiły załatać pęknięć, które pojawiły się w jego życiu. Z wyjątkiem pobytów u wynajdujących wciąż nowe gry i zabawy dziadków Pat nie chciał mnie opuszczać nawet na chwilę. Codziennie, kiedy żegnaliśmy się przed bramą Canonbury Cubs, następował wielki dramat, a potem wracałem do domu i godzinami przemierzałem pokój, zamartwiając się, co on tam porabia, podczas gdy biedny Pat wypytywał przedszkolanki, jak długo jeszcze potrwa, zanim będzie mógł wrócić do domu, i płakał w trakcie malowania palcami. Przedszkole nie zdawało po prostu egzaminu. W związku z czym przy akompaniamencie pełnych troski komentarzy o konieczności poszukania pomocy u dziecięcego psychologa i o czasie, który leczy wszystkie rany, Pat został skreślony z listy przedszkolaków. Dzieci zaczęły lepić robaki z plasteliny, a ja wziąłem go za rękę i po raz ostatni wyprowadziłem z pomalowanej na tęczowe kolory szatni. Natychmiast się rozchmurzył, zbyt szczęśliwy i odprężony, by czuć się w najmniejszym stopniu outsiderem. Przedszkolanki wesoło pomachały mu na pożegnanie. Inne dzieciaki podniosły na moment wzrok, a potem wróciły do swoich niewinnych zajęć. A ja wyobraziłem sobie, jak mój wyrzucony z przedszkola syn wraca za dziesięć lat pod bramę Canonbury Cubs, żeby się z nich wszystkich nabijać i sprzedawać cracka. * * * Praca wydawała się idealna. Stacja chciała stworzyć nowy program z udziałem młodego irlandzkiego komika, który zaszedł zbyt wysoko, by występować dalej w klubach, lecz nie cieszył się jeszcze dość dużą popularnością, żeby reklamować piwo. Nie zajmował się czymś tak oklepanym jak opowiadanie dowcipów; zjednał ich sobie na Festiwalu w Edynburgu występem zbudowanym całkowicie na porozumieniu z widzami.
|
Wątki
|