Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
W jaki sposób się to wszystko godzi skoro wiemy, że foton (kwant) posiada masę, nie tylko moment pędu? Przecież każdy foton musiałby mieć wielkość nieskończoną, a skądinąd wiadomo, że tak nie jest. Chyba tylko pod warunkiem, że pojęcie wielkości jest równie względne jak pojęcie czasu. Wiemy, że nawet najmniejszy ułamek (cząstka) nieskończoności sam jest nieskończonością, lecz wiemy także i to, że sami stanowimy ułamek takiego nieskończonego świata. Czyżbyśmy byli nieskończenie wielcy?
Ale wróćmy do światła. Wobec wszystkiego, co zostało tu powiedziane, albo światło nie składa się z fotonów, z fal elektromagnetycznych, ani z materii, albo teoria jest błędna i światło nie osiąga przypisywanej mu prędkości, bądź też przy osiągnięciu tej prędkości (bo w teorii o przekroczeniu jej nie ma mowy) masa nie urasta do nieskończonych rozmiarów. Jeżeli nie dopuścimy tej pomyłki, to teoria pozostaje w sprzeczności zarówno z logiką, jak i z doświadczeniem. Nic dziwnego, że współcześnie istnieją już teoretyczne założenia, w myśl których prędkość światła nie jest prędkością graniczną, tylko progiem wyjściowym dla hipotetycznych tachionów, tardionów i luxionów. Inaczej mówiąc, w naturze istnieje ruch wielokrotnie (może nawet trylionkrotnie) szybszy. Pozostańmy jednak przy świetle. Postawmy sobie pytanie, co się dzieje z dwiema równocześnie i równolegle wysłanymi wiązkami światła, których relatywna prędkość wynosi niezmiennie trzysta tysięcy km/sek. względem każdego obiektu, jakoby niezależnie od jego prędkości (a więc także względem sąsiedniej wiązki światła)? Czy wiązki te pozostają względem siebie nieruchome? To by przeczyło teorii, w myśl której światło biegnie z niezmienną prędkością względem k a ż d e g o obiektu, a inne rozumienie zgodnie z ludzką logiką jest nie do pomyślenia. Z jaką prędko-ścią zbliżają się do siebie dwie przeciwbieżne wiązki światła? Czy ich prędkość sumuje się? Jeżeli się sumuje, a więc równa się sześciuset tysiącom km/sek., to musi się sumować również względem każdego innego przeciwbieżnego obiektu, co obraża teorię. Nie byłoby więc obojętne z jaką prędkością i w jakim kierunku leci obiekt (naprzeciw, czy zgodnie z kierunkiem wiązki światła), gdyż w jednym przypadku prędkości należałoby do siebie dodać, a w drugim odjąć. Jeżeli natomiast prędkości przeciwbieżnych wiązek światła nie sumują się, to jak przyjąć niezmienną prędkość każdej z nich za trzysta tys. km/sek., skoro wyniesie ona jedynie 150 tys. km/sek.? Chyba punktem odniesienia dla wiązki światła musi być obiekt, który ją wysyła (źródło światła). Pojęcia bezwzględnej prędkości w ogóle nie sposób pojąć, bo na przykład promienie biegnące równolegle względem siebie, musiałyby mieć względem siebie prędkość równą zeru; promienie przeciwbieżne i rozbieżne prędkość 600 tys. km/sek, a jeżeli chcielibyśmy przyjąć dla nich prędkość stałą 300 tys. km/sek.. to każdy z nich musiałby osiągać jedynie 150 tys. km/sek., co jest paradoksem. Jeżeli posłużyć się arytmetyką należy wyciągnąć wniosek, że 0 = 150000 = 300000 = 600000. Czyżby zero, a więc nic, mogło mieć w zależności od kierunku tak różną wartość? I w jaki sposób “nic” może mieć kierunek? A teraz implikacje wynikające z tabeli dylatacji czasu. Według tabeli pięćdziesiąt lat lotu w rakiecie lecącej z prędkością przy świetlną równa się czterystu dwudziestu tysiącom lat ziemskich, a więc jedna sekunda czasu rakietowego równa się stu czterdziestu minutom czasu ziemskiego, albo ośmiu tysiącom czterystu sekundom ziemskim. Rachunek jest bardzo prosty, tylko że przez te osiem tysięcy czterysta sekund ziemskich światło, czy też rakieta lecąca z prędkością przyświetlną pokona dwa miliardy pięćset dwadzieścia milionów kilometrów (2.520.000.000) z czego wynika, że jedna sekunda świetlna równa się nie 300 tys. km/sek., lecz dwu miliardom pięciuset dwudziestu milionom kilometrów na sekundę. Oczywiście przy takiej prędkości światła tabela dylatacji czasu całkowicie traci sens, bo jedna sekunda świetlna równałaby się milionom lat ziemskich, co automatycznie pomnażałoby rachunek (prędkość światła) na zasadzie odbicia lustrzanego. Wypływa z tego wniosek, że światło może biec z nieskończoną prędkością. Tak więc z rozważań o czasie, przestrzeni i prędkości światła wynika, że światło biegnie z nieskończoną prędkością w nieskończoną (nieograniczoną) przestrzeń przez nieskończenie długi czas. Ale na tym nie koniec. Wracajmy na ziemię po inne wnioski niemniej dziwaczne i niemniej logiczne: jeżeli (wg Teorii Względności) prędkość światła względem wszelkich obiektów materialnych jest niezmienna i niezależnie od kierunku ich ruchu wynosi 300 tys. km/sek. – zatem wszelki ruch nie będący światłem jest pozorny, czyli nie istnieje, a więc życie i wszystko, co nie jest światłem jest złudzeniem. Można by z tego wysnuć wniosek, że jedynie światło jest ruchem i życiem, a skoro uważamy się za istoty żyjące jesteśmy jedynie emanacją światła. Kimkolwiek jestem, jako człowiek stawiam sobie dalsze pytania. Na przykład: co się dzieje przy gonieniu jednej wiązki światła przez drugą? Co się dzieje przy dopędzaniu hipotetycznej rakiety kosmicznej, lecącej z prędkością przyświetlną, przez wysłany z ziemi sygnał radiowy? Jak wyglądałaby komunikacja radiowa ziemi z raki etą lecącą z prędkością 290 tys. km/sek.? Czy fale radiowe doganiałyby rakietę z prędkością 10 tys. km/sek., czy też z niezmienną prędkością 300 tys. km/sek.? Gdyby doganiały rakietę z prędkością 10 tys. km/sek, byłyby zbyt powolne i komunikacja radiowa przy dłuższych lotach stałaby się niemożliwa. Przyjmijmy jednak, że doganiają rakietę z niezmienną prędkością 300 tys. km/sek. Co wtedy?
|
Wątki
|