Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Kręciły zalotnie tyłeczkami i wirowały
biodrami. Ta z prawej miała pulchne ciało i szare, błyszczące oczy, które mówiły: „Bierz mnie”. Dave ocenił, że osiągnęła właśnie szczyt formy i urody, przez następne pół roku będzie kapitalną zawodniczką w łóżku, jednak za jakieś dwa lata (zapowiedź tej odmiany widniała w jej podbródku) żaden oracz nie zechce jej orać, bo stanie się gruba, nalana, będzie chodziła w obszernych podomkach i trudno będzie dać wiarę, że jeszcze niedawno była grzechu warta. Wszakże ta druga... Dave znał ją, gdy była jeszcze małą dziewczynką. Katie Marcus, córka Jimmy’ego i przedwcześnie zmarłej Marity, obecnie pasierbica Annabeth, kuzynki jego żony, teraz dorosła panna, o ciele jędrnym, świeżym i tak gibkim, jakby nie podlegała prawu grawitacji. Przyglądając się, jak tańczy, podskakuje, kołysze się i śmieje, jak blond włosy owijają się wokół niej niczym welon, to znów opadają falą, gdy odchylała w tył głowę, ukazując giętką mlecznobiałą szyję, Dave poczuł czarną, bolesną nadzieję, która wybuchła w nim nagle jak ogień. Nie wzięła się znikąd, pochodziła od Katie. Przeskoczyła do jego ciała, a towarzyszył temu nagły błysk rozpoznania na spoconej twarzy Katie, gdy ich oczy się spotkały. Uśmiechnęła się i pokiwała do niego małym palcem, a on miał wrażenie, że tym gestem przedarła się przez jego żebra i połaskotała go w samo serce. Przyjrzał się mężczyznom w barze, ich zachwyconym spojrzeniom. Wpatrywali się w tańczące dziewczęta, jakby to były boginie. Dave dostrzegł w ich twarzach tę samą tęsknotę, jaka się malowała na twarzach kibiców Angelsów w początkowych zmianach meczu, tę smutną tęsknotę zacienioną już bolesną świadomością, że najpewniej wrócą do domów niezaspokojeni, aby o trzeciej nad ranem trzepać w łazienkach kapucyna, słuchając dobiegającego z piętra chrapania żony i dzieci. Patrzył na Katie rozsiewającą młodzieńczy blask z wysokości baru i przypomniał sobie Maurę Keaveny, gdy leżała pod nim naga, z kropelkami potu na czole i półprzymkniętymi oczami, zamglonymi od alkoholu i pożądania. Pożądania, które on w niej wzbudził. Dave Boyle, gwiazda baseballu. Przez trzy krótkie lata chluba dzielnicy Flats. Nikt już nie mówił o nim jako o chłopcu, którego w dzieciństwie porwano. Nie, teraz chodził w glorii lokalnego bohatera. Maura leżała w jego łóżku. Los stał po jego stronie. Dave Boyle. Jeszcze nieświadom, jak krótko trwa sława i jak niepewna jest przyszłość. Jak prędko uleci, pozostawiając go z pustymi rękami i zasraną teraźniejszością, która nie niesie żadnych niespodzianek, nie stwarza żadnych powodów do nadziei, składa się jedynie z szarych, bezbarwnych dni, które zlewają się ze sobą tak niepostrzeżenie, że może minąć rok, a na ściennym kalendarzu w kuchni wciąż będzie czerniała ta sama marcowa data. Nie będę więcej marzył, postanowił. Nie będę się narażał na cierpienie. Ale nagle pewnego dnia twoja drużyna dostaje się do baraży, obejrzałeś jakiś dobry film, jakiś plakat, który pomarańczowym blaskiem zachwala uroki Aruby, albo zatańczy ci nad głową dziewczyna z błyszczącymi oczami, podobna nie tylko na pierwszy rzut oka do tamtej, z którą chodziłeś w liceum, którą kochałeś, a potem utraciłeś, i mówisz sobie: a niech tam, jeszcze ten jeden raz sobie zamarzę. Kiedy Rosemary Savage Samarco leżała na łożu śmierci (po raz piąty na ogólną liczbę dziesięciu agonii), zwierzyła się córce, Celeste Boyle: - Przysięgam na Boga, że jedyną przyjemnością, jaką miałam w tym zasranym życiu, było miętolenie jaj twojego ojca, lubiłam to jak wilgotne prześcieradło w upalny dzień. Celeste odpowiedziała matce powściągliwym uśmiechem i chciała się odwrócić, ale artretyczne palce staruszki ścisnęły ją za rękę z taką siłą, że omal nie zgruchotały jej kości. - Posłuchaj, Celeste, ja umieram, nie rzucam słów na wiatr. Tyle tylko dostaniesz
|
Wątki
|