Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
- Upuściłem ją w ostatniej chwili. Nie dowierzałem tej rudej. Coś mi podpowiadało, że ona gra. Flick wyjęta kordzik z pochewki pod klapą i zaczęła rozcinać krępujące go sznury. - Po co tu przyleciałeś? - Skoczyłem na spadochronie tej nocy. Radiostację Briana przejęło gestapo. Chciałem cię ostrzec. Objęta go czule. - Tak się cieszę, że tu jesteś - wyszeptała mu do ucha i weszli razem na górę. - Zobaczcie, kogo znalazłam w piwnicy! Kawki czekały na dalsze instrukcje. Flick przez chwilę się zastanawiała. Musieli się stąd jak najszybciej wynosić. Przyjrzała się fałszywej mademoiselle Lemas, która siedziała teraz przywiązana do kuchennego krzesła. Wiedziała, co trzeba z nią zrobić, i na myśl o tym robiło jej się niedobrze. - Jak się nazywasz? - zapytała. - Stephanie Yinson. - Jesteś kochanką Dietera Francka. Stephanie była blada jak ściana, ale nie traciła rezonu. - Uratował mi życie. A zatem w ten sposób Franek zdobył sobie jej lojalność. Nie miało to większego znaczenia: zdrada jest zdradą. - Przyprowadziłaś tu Helikoptera, żeby go aresztowali. Czy on żyje? - Nie wiem. - Jego też tu przywiozłaś - dodała Flick, wskazując Paula. Stephanie spuściła wzrok. Flick stanęła za krzesłem i wyciągnęła pistolet. Inne, widząc, na co się zanosi, odsunęły się, schodząc z linii ognia. Stephanie też wyczuła, co się dzieje. - Co chcecie ze mną zrobić? - zapytała zdławionym szeptem. - Jeśli cię tutaj zostawimy, opowiesz o nas Dieterowi Franckowi i pomożesz mu nas złapać. - Flick przystawiła lufę do jej głowy.- Czy masz jakieś sensowne usprawiedliwienie na to, że pomagałaś wrogowi? - Zrobiłam to, co musiałam. Czyż nie czynimy tak wszyscy? - Zgadza się - odparła Flick i pociągnęła dwa razy za spust. - Wynośmy się stąd - mruknęła. BYŁA szósta wieczorem, kiedy Dieter zaparkował przed domem przy rue du Bois. Zauważył, że simca mademoiselle Lemas zniknęła. Czyżby Stephanie gdzieś pojechała? Powinna przecież na niego czekać. Podszedł do drzwi i pociągnął za sznurek dzwonka. Kiedy jego brzęk umilkł, w domu zapadła dziwna cisza. Zadzwonił ponownie. Nikt nie odpowiadał. Obszedł dom dookoła. Okna były wybite, tylne drzwi otwarte na oścież. Strach ścisnął go za serce. Wszedł do środka. Z początku nie mógł zrozumieć, na co patrzy. A potem z gardła wydobył mu się skowyt bólu i tkając, osunął się na kolana. Stephanie odeszła. Nigdy już nie pośle mu swojego dumnego spojrzenia. Jej styl, jej dowcip, jej obawy i pragnienia - wszystko to zostało wymazane, odeszło w niebyt. Miał wrażenie, jakby to do niego strzelono, jakby stracił bezpowrotnie cząstkę siebie. A potem usłyszał za sobą jakiś odgłos: ciche charknięcie. Podniósł się, odwrócił i dopiero teraz zobaczył leżących na podłodze dwóch mężczyzn - gestapowców, którzy mieli ochraniać Stephanie. Jeden nie zdradzał oznak życia, ale drugi próbował coś powiedzieć. Był młody, nie mógł mieć więcej niż dziewiętnaście albo dwadzieścia lat. Dieter ukląkł i przystawił ucho do jego ust. - Kto to byt? - zapytał. - Cztery kobiety - wychrypiał chłopak. - Dwie weszły od frontu... dwie z tyłu. - Kawki - mruknął gorzko Dieter. - Która zabiła Stephanie? - Ta mała - odparł gestapowiec. - Flick - warknął Dieter i poczuł, jak dech mu zapiera żądza zemsty. - Przepraszam, panie majorze - szepnął gestapowiec, a potem jego wargi znieruchomiały i przestał oddychać. NIEŁATWO było zmieścić się w piątkę w simce cinq. Ruby i Jelly usiadły z tyłu, Paul za kierownicą, Greta obok niego. Flick siadła jej na kolanach. Normalnie chichotałyby w takiej sytuacji, ale tym razem nie było im do śmiechu. Myślały tylko o tym, jak ujść z życiem. Flick prowadziła Paula, mówiąc, jak dojechać na ulicę, gdzie mieszkała Gilberte. Pamiętała, jak trafiły tutaj przed siedmioma dniami z rannym Michelem. Zatrzymali się tuż za rogiem. Przed domem stał czarny citroen traction avant, w środku siedzieli dwaj mężczyźni. To już koniec, pomyślała z rozpaczą. Ktoś na pewno sypnął i Dieter Franck nieubłaganie podążał świeżym tropem: do mademoiselle Lemas, do Briana i na koniec do Gilberte. A Michel? Czy jego również aresztowano? Wydawało się to bardzo prawdopodobne. - Nie jest dobrze - powiedziała. - Gestapo obserwuje dom. - Niech to diabli! - zaklął Paul. - Dokąd teraz pojedziemy? - Znam jeszcze jedno miejsce, gdzie możemy spróbować - odparła. - Najpierw podjedź spokojnie pod dworzec. Zostawimy tam samochód. - Dobry pomysł - zgodził się. - Mogą pomyśleć, że wyjechaliśmy z miasta. - Muszę pójść tam sama - zdecydowała. - Reszta niech idzie do katedry i zaczeka na mnie. Wróciła na ulicę, przy której mieszkał Michel. Sto metrów i jego domu mieścił się bar „Chez Regis”. Weszła do środka. Właściciel, Alexandre Regis, skinął jej głową na powitanie, ale nic l powiedział. Flick skręciła do drzwi z napisem „Toalety”, przeszła kilka kroków wąskim korytarzykiem i otworzyła drzwiczki do szafy, za którymi znajdowały się strome schodki. Na górze były masywne drzwi z wizjerem. Walnęła w nie kilka razy i stanęła tak, żeby można było zobaczyć jej twarz. Chwilę później drzwi otworzyła Meme Regis, matka właściciela. Flick weszła do dużej sali z zaciemnionymi oknami. W jej końcu stała ruletka. Przy dużym okrągłym stole grało w karty kilku mężczyzn. W jednym z rogów był bar. Było to nielegalne kasyno Michel lubił grać w pokera o wysokie stawki i przychodził niekiedy wieczorem. Flick nigdy nie grała, lecz czasami siadała i patrzyła, jak robią to inni, W tym miejscu łatwo było się ukryć przed gestapo i miała nadzieję, że go tutaj znajdzie. Podeszła do baru i siadła na stołku. Barmanką była żona właściciela, Yvette Regis, niemłoda już kobieta z jaskrawo pomalowanymi na czerwono ustami. - Szukam Michela - powiedziała Flick. - Nie widziałam go już od tygodnia - odparła, kręcąc głową Yvette. Flick zamówiła szkocką. - Zaczekam tu chwilę, może się pojawi. DIETER był zdruzgotany. Flick wymknęła się z zastawionej na nią pułapki. Była gdzieś w Reims, a on nie miał pojęcia, jak ją znaleźć. Kazał wziąć pod obserwację domy Michela i Gilberte, podejrzewał jednak, że Pantera jest zbyt sprytna, by dać się złapać zwykłemu gestapowcowi. Jej podobiznami oklejone było całe miasto, ale najwyraźniej musiała odmienić swój wygląd, ponieważ nikt jej nie zauważył. Przechytrzała go na każdym kroku. l potrzebował genialnego pomysłu. I taki pomysł przyszedł mu do głowy. Ubrany w szorstki sweter, wciśnięte w skarpetki spodnie, beret oraz gogle, siedział na rowerze przy skraju jezdni jednej ze śródmiejskich ulic. Nikt nie powinien na niego zwrócić uwagi.
|
Wątki
|