Zachęcał mnie, żebym wyobraził sobie, jak przemierzają wielkie odległości, któ-rych nie pokonałby dzisiaj nawet człowiek posiadający wiele...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.

Nie jestem pewny, czy to wszystko prawda. Może jest inne wyjaśnienie. A jeśli prawo regulowało te sprawy?
Pewnego zimowego dnia, gdy wszystko było oszronione, dotarliśmy do ru-
in wielkiego budynku, gdzie rozrzucone bezładnie kamienne bloki pogrążyły się w gruncie; można by pomyśleć, że ziemia chciała połknąć anielskie wytwory, ale 161
chwyciła zbyt duży kęs Trafiło mi się tam cenne znalezisko: duża skrzynka, pełna błyszczących nowiutkich śrub.
— Nowiusieńkie — mruknął Teeplee, drżąc z chłodu i zawiści. W drodze po-
wrotnej nieustannie wypytywał, czy nie zgubiłem skrzynki; sugerował, że nasz
skarb byłby u niego bezpieczniejszy i tak dalej. Gdy wróciliśmy do zatęchłej kryjówki, postawiłem skrzynkę na stole między nami. Teeplee zdjął rękawicę i za-
nurzył dłoń w brzęczących metalowych detalach. Wodził opuszkami palców po
gwintach i badał paznokciem głębokość żłobkowania.
— Śruby — rzucił w zadumie. — Wiesz, mały, można wbić gwóźdź albo
wiązać sznurkiem, ale to zupełnie inna sprawa. Śruba. . . — zacisnął pięść. —
Śruba ma w sobie moc. — Po chwili dodał z udaną obojętnością: — Co chcesz za
tę skrzynkę?
— Czy ja wiem? Przydałoby się coś na ręce — odparłem. Teeplee pospiesznie
wsunął rękawicę na dłoń.
— Jasne. Byle grzało — wymamrotał. Uniósł ramiona i pomachał palcami.
Ciekawe, dlaczego na mankietach czarnych rękawic wymalowano gwiazdy. — Te
nie dają ciepła.
— Mnie się podobają — odparłem. — Wyglądają na niezniszczalne.
— Chcesz mieć rękawiczki — powiedział. — Dobra. Znajdę ci takie, przy któ-
rych moje wyglądają jak naga skóra. — Spojrzał z ukosa. — Sam wiesz. Trudno
dobrać parę. — Podniósł dłoń, jakby przewidział moje argumenty i nie zamierzał
ich wysłuchiwać. Poszedł do sąsiedniego pokoju, by szukać towaru.
Wrócił, trzymając jakiś przedmiot owinięty w brudną szmatę.
— Różne bywają rękawice — stwierdził. Odwinął gałgan i położył na stole
srebrzystą rękawiczkę lśniącą jak bryła lodu.
Czy dasz wiarę, aniele, że dopiero na widok tego przedmiotu — połyskliwego
cienia ludzkiej dłoni — dotarło do mnie, że zapomniałem, jak Zhinsinura użyła identycznej rękawicy do manipulowania doktor Boots; taką samą musiał stracić
okradziony święty Andy, abym po latach ja się zatracił, ustępując miejsca Bo-
ots? Taka była kolej rzeczy. W chwili, gdy Teeplee rzucił rękawicę na zniszczony blat stołu, powróciło wspomnienie o tej drugiej. . . Nie, inaczej. Na jej widok po-wróciła tamta chwila; niczego nie uroniłem; znów byłem zdumiony i przerażony.
Ujrzałem ciasne pomieszczenie, jasną kulę i postument, na którym spoczywała;
ukazała mi się wkładająca rękawiczkę Zhinsinura i usłyszałem znów, że mam za-
mknąć oczy. Zbyt wiele cudów nastąpiło w krótkim czasie; zapomniałem wszyst-
ko.
— Widziałem już taką rękawiczkę — oznajmiłem, gdy obraz zniknął. . . a ra-
czej zbladł.
— Widzieć i mieć to zupełnie inna sprawa — odparł Teeplee.
162
— Znam opowieść dotyczącą podobnej rękawicy. A może chodzi o tę. — Mo-je życie wkroczyło w fazę. . . a może był to jedynie moment. . . w której wszystkie wątki się krzyżowały. W głowie mi się mąciło; zupełnie jakbym dostał oczopląsu.
— Co ze śrubami? — zapytał Teeplee.
— Racja. Weź je — mruknąłem. Wolno przysunął do siebie pudełko, zbity
z tropu moją obojętnością i niepewny, czy zrobił dobry interes. — Gdzie znalazłeś rękawicę? — zapytałem.
— Jest takie miejsce.
— Nie było tam gałki. . . srebrnej kuli? Nie tyle srebrnej, co lśniącej jak rękawiczka?
— Nie.
— Jesteś pewny? Może jednak była. Wybierasz się znów w tamte strony?
Chętnie z tobą pójdę.
— Co to za gałka? — Teeplee zerknął na mnie podejrzliwie.
— Sam nie wiem — odparłem, wybuchając śmiechem, ponieważ obaj byli-
śmy zakłopotani. — Nie mam pojęcia, ale chciałbym wiedzieć. Szczerze mówiąc,
oddałbym wszystko, byle ją mieć, chociaż niewiele jest warta.
Teeplee podrapał się po głowie, łysej jak u sępa, spojrzał ponuro na rękawicę i mruknął:
— Szkoda, że nie mam drugiej.
xxx
Moje myśli odtąd krążyły wokół tajemniczego przedmiotu. Długo nie śmia-
łem włożyć rękawicy; leżała wśród moich rzeczy, nieskazitelna i absurdalna. Ilekroć zwijałem ją w rulonik albo składałem w kostkę, natychmiast odzyskiwała
właściwy kształt ludzkiej dłoni była przyjemna w dotyku i lekka jak piórko. Gdy naciągnąłem ją w końcu, zachłannie objęła palce i nadgarstek, jakby od wielu lat łaknęła ludzkiego dotknięcia. Natychmiast się od niej uwolniłem z obawy przed mocą, jaką mogła zyskać moja dłoń. Od tamtej chwili patrzyłem tylko na połyskliwe cudo; myśli z uporem krążyły wokół niej.
Gdy zapadała noc, inne odczucia nie dawały mi spokoju. Moje drugie ja po-
wiedziałoby na pewno, że nie mają sensu, bo potem będę jej pragnął jeszcze bardziej. Ledwie pamiętałem kilka łagodnych wizji, które śniliśmy razem w półmro-ku. Czasami, leżąc na posłaniu, podwijałem długą koszulę, by niecierpliwie dotykać tego, co bezużyteczne, a jednocześnie ocierałem łzy spływające na darmo po zimnych policzkach.
Twój śmiech jest nie na miejscu.
TRZECIA FASETA
Pewnego dnia zrozumiałem, że zima będzie trwała wiecznie; nadejdą ciepłe
i słoneczne dni, zawsze jednak będzie wracać chłód i deszcz.
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.