Za małpami nadciągał wielki jeleń barasingh, podobny do naszego jelenia, ale znacznie okazalszy; pragnął zetrzeć scypuł ze swych rogów o twarde głazy posągu...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Ujrzawszy czÅ‚owieka w kaplicy, królewski zwierz poczÄ…Å‚ ze zÅ‚oÅ›ci wierzgać nogami; atoli widzÄ…c, że Purun Bhagat wcale nie rusza siÄ™ z miejsca, podszedÅ‚ boczkiem ku niemu i jÄ…Å‚ ocierać siÄ™ chrapami o jego ramiÄ™. Purun Bhagat pogÅ‚askaÅ‚ chÅ‚odnÄ… dÅ‚oniÄ… jego rozparzone poroże. DotkniÄ™cie to przyniosÅ‚o ulgÄ™ zgorÄ…czkowanemu zwierzÄ™ciu; jeleÅ„ pochyliÅ‚ gÅ‚owÄ™, a Purun Bhagat z wielkÄ… ostrożnoÅ›ciÄ… starÅ‚ i wyskubaÅ‚ sierść z rogów. Wkrótce potem barasingh zaczÄ…Å‚ przyprowadzać swÄ… Å‚aniÄ™ i jelonki — przemiÅ‚e stworzonka, które miamlaÅ‚y rozkosznie, leżąc na derce Å›wiÄ™tego męża; czasami zachodziÅ‚ nocÄ… tylko sam, lÅ›niÄ…c zielonymi oczyma w odblasku ogniska, i pożywiaÅ‚ siÄ™ porcjÄ… Å›wieżych orzechów. W koÅ„cu zawitaÅ‚ tu również i piżmowiec, najpÅ‚ochliwszy i najmniejszy z leÅ›nych zwierzaków, wiecznie nadstawiajÄ…cy wielkie, zajÄ™cze uszy. Ba, nawet cÄ™tkowa-ny, wiecznie milczÄ…cy mushick-nabha wymyszkowaÅ‚ widocznie, co oznacza Å›wiatÅ‚o w kapliczce, bo poczÄ…Å‚ gmerać swym pociesznym ryjkiem w zanadrzu Purun Bhagata, biegajÄ…c tam i sam w zawody z cieniami ogniska.
Wszystkie te zwierzÄ™ta zwaÅ‚ Purun Bhagat swoimi braćmi, a jego ciche nawoÅ‚ywanie: Bhai! Bhai! — wywabiaÅ‚o je w biaÅ‚y
dzień z lasu, o ile znajdowały się nie opodal. Czarny niedźwiedź himalajski, podejrzliwy dziwak Sona, noszący na podgardlu białe znamię w kształcie litery V, przechodził niejednokrotnie tą drogą; ponieważ zaś Bhagat nie okazywał strachu, więc i Sona nie myślał okazywać gniewu, tylko przyglądał się odważnie mieszkańcowi kapliczki, niebawem zaś podszedł ku niemu i zaczął dopraszać się o pieszczoty wraz z przyczynkiem chleba lub dzikich jagód. Nieraz o cichym świcie, gdy Bhagat wdzierał się na sam wierzchołek wrębu przełęczy, by przyjrzeć się rumianym blaskom dnia, posuwającym się wzdłuż śnieżnych szczytów, widywał, jak Sona drepce i sapie tuż poza nim, wsadza wścibską łapę pod zwalone pnie drzewne i wyciąga ją stamtąd z fuknięciem znamionującym zniecierpliwienie. Wychodząc rankiem z kapliczki, nieraz odgłosem kroków budził Sonę zwiniętego w kłębek pod progiem; nie-dźwiedzisko natychmiast zrywało się na równe nogi, gotowe do walki, póki nie posłyszało głosu Bhagata i nie rozpoznało swego najlepszego przyjaciela.
Niemal wszyscy pustelnicy i ludzie Å›wiÄ™ci żyjÄ…cy z dala od wielkich miast uchodzÄ… za cudotwórców zdolnych rozkazywać dzikim zwierzÄ™tom. W caÅ‚ym owym cudotwórstwie zasadÄ… głównÄ… bywa zazwyczaj: zachowywać siÄ™ spokojnie, nie wykonywać nagÅ‚ych ruchów, a przez czas dÅ‚uższy nie spojrzeć ani razu wprost na przybysza. MieszkaÅ„cy wioski widywali sylwetkÄ™ jelenia kroczÄ…cego niby cieÅ„ przez ciemny bór za kapliczkÄ…; widywali himalajskiego bażanta minaula gorejÄ…cego caÅ‚Ä… tÄ™czÄ… barw przed obliczem posÄ…gu Kali; widywali i langury, co, przycupnÄ…wszy w Å›wiÄ…tynce, igraÅ‚y Å‚upinami orzechów. Ba, niektóre z dzieci sÅ‚yszaÅ‚y, jak Sona, schowany za zwaÅ‚em skalnych piargów, nuciÅ‚ sobie jakÄ…Å› Å›piewkÄ™ niedźwiedziÄ… pod nosem. Przeto sÅ‚awa Bhagata, jako' cudotwórcy, utrwaliÅ‚a siÄ™ i byÅ‚a niezachwiana — jakkolwiek jego duszy nic tak nie byÅ‚o obce, jak cudotwórstwo. Bhagat wierzyÅ‚, że wszystko w Å›wiecie jest jednym wielkim cudem — i że czÅ‚owiek, który sobie to uÅ›wiadomi, nie potrzebuje już szukać innych podstaw swego żywota. WiedziaÅ‚ — i miaÅ‚ za rzecz pewnÄ…, że nie masz nic wielkiego ani maÅ‚ego na tym Å›wiecie — a dniem i nocÄ… wmyÅ›iaÅ‚ siÄ™ z wolna w samÄ… istotÄ™ wszechrzeczy, kierujÄ…c siÄ™ ku źródlisku, z którego wyszÅ‚a jego dusza.
RozmyÅ›laÅ‚, rozmyÅ›laÅ‚ i nie byÅ‚o koÅ„ca rozmyÅ›laniom... Nie czesane wÅ‚osy spÅ‚ywaÅ‚y mu dÅ‚ugÄ… falÄ… na barki; w kamiennej pÅ‚ycie obok skóry antylopy utworzyÅ‚ siÄ™ doÅ‚ek wyżłobiony mosiężnym okuciem kostura, zaÅ› wnÄ™ka wÅ›ród kÅ‚odzin drzewnych, kÄ™dy co dzieÅ„ stawiano miseczkÄ™ żebraczÄ…, pogÅ‚Ä™biÅ‚a siÄ™ w ksztaÅ‚t jamki, niemal tak wklÄ™sÅ‚ej i gÅ‚adkiej, jak powierzchnia kokosowej Å‚upiny. ZwierzÄ™ta zadomowiÅ‚y siÄ™ już na dobre koÅ‚o ogniska — każde z nich miaÅ‚o tam swoje miejsce. Pola z każdÄ… porÄ… roku zmieniaÅ‚y swÄ… barwÄ™; gumna napeÅ‚niaÅ‚y siÄ™ zbożem, opróżniaÅ‚y siÄ™ i znów siÄ™ napeÅ‚niaÅ‚y; ilekroć zasiÄ™ nadeszÅ‚a zima, langury hasaÅ‚y żwawo wÅ›ród gaÅ‚Ä™zi oproszonych Å›niegiem, póki z nastaniem wiosny maÅ‚pie matki nie wyhodowaÅ‚y nowego pokolenia kÅ‚apouchych maÅ‚piÄ…tek w ciepÅ‚ym zaciszu parowów. W wiosce maÅ‚o siÄ™ zmieniaÅ‚o. KapÅ‚an siÄ™ postarzaÅ‚, a maÅ‚e berbecie, które wpierw nosiÅ‚y miseczkÄ™ żebraczÄ…, teraz wysyÅ‚aÅ‚y z niÄ… swÄ… wÅ‚asnÄ… dziatwÄ™. Gdy zaÅ› pytano wieÅ›niaków, jak dawno Å›wiÄ™ty mąż przemieszkuje w Å›wiÄ…tyni Kali przy siodle przeÅ‚Ä™czy, odpowiadali: „MieszkaÅ‚ tu zawsze".
WÄ…tki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak ciÄ™ zÅ‚apiÄ…, to znaczy, że oszukiwaÅ‚eÅ›. Jak nie, to znaczy, że posÅ‚użyÅ‚eÅ› siÄ™ odpowiedniÄ… taktykÄ….