Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Oczywiście, dzieci uśmiechały się, inni kręcili przy żołnierzach w nadziei na resztki z ich cudownej technicznej i konsumpcyjnej cywilizacji, ale każdy GI wiedział, że żadnemu Wietnamczykowi nie można w pełni ufać. Żołnierzom nie pozwalano opuszczać bazy, chyba, że mieli oficjalne zezwolenie na wykonanie określonego zadania. Samo miasto Cu Chi było strefą zakazaną, i pod żadnym pozorem nie wolno było poruszać się w nim po godzinie siódmej wieczorem. Kontakt z Wietnamczykami zazwyczaj ograniczał się do zbrojnego śmigłowcowego rajdu do jakiejś wioski, w celu sprawdzenia, czy w jej domostwach nie ukrywa się Viet Cong, albo załatwienia jakichś spraw związanych z pracującymi w bazie Wietnamczykami. Tubylcy byli pracownikami fizycznymi, fryzjerami, pracownikami pralni, księgowymi, kelnerkami, pomocnikami w kostnicy i “palaczami gówna” (których zadaniem było spalanie zawartości beczek o pojemności 250 litrów po uprzednim wymieszaniu jej z benzyną). Żołnierze przemycali do bazy prostytutki, zwane “dziewczynkami bum-bum”. Jeden ze sposobów polegał na wwożeniu dziewczyny do bazy karetką pogotowia, której łóżko było kolejno wykorzystywane przez młodych żołnierzy za trzy, cztery dolary “za numer”. Niekiedy dziwki przemycano do bazy we wnętrzu pustych cystern na wodę. Pułkownik John Fairbank, poprzednio oficer informacyjny w Cu Chi, pamięta jeden wypadek, gdy żołnierze schowali tuzin dziewcząt do pustej cysterny na benzynę. Zanim jednak przejechali przez posterunek policji wojskowej przy bramie głównej, wszystkie dziewczyny zmarły na skutek uduszenia. Były tam “pralnie” i “myjnie samochodowe” - ,Eve”, “Fairlady”, “Sexy” - usytuowane jedna przy drugiej, tuż za bazą, by obsługiwać tych żołnierzy, którzy mieli zezwolenie na wyjście poza bramę. W takich miejscach, za niewielkie pieniądze można było kupić marihuanę i heroinę - handel, który zdaniem władz amerykańskich był jednym ze sposobów zdobywania środków finansowania wojny przez Viet Cong. Na wypadek gdyby wizytujący kapelani albo gwiazdy filmowe zadawały kłopotliwe pytania, jako przykrywka burdelu dla oficerów służyła, znajdująca się przy bramie głównej, restauracyjka prowadzona przez żony koreańskich pracowników budowlanych. Ale baza Cu Chi gościła nie tylko duchownych czy artystów, W1966 roku odwiedził ją Robert McNamara, ówczesny minister obrony i cały zastęp dziennikarzy oraz ekip telewizyjnych. W końcu była położona wygodnie, bo blisko Sajgonu.
Pomimo tych zakłóceń, dwudziesta piąta była na wojnie - i to nie tylko z niewidocznym wrogiem znajdującym się z drugiej strony drutów. Była również piąta kolumna we wnętrzu bazy, nieprzyjaciel, któremu łatwo było działać w warunkach stosunkowo niedbale funkcjonującego systemu bezpieczeństwa, który uwzględniał rozrywkowe potrzeby żołnierzy, oraz konieczność korzystania z miejscowej siły roboczej w celu obsługiwania tego ogromnego kompleksu. Wietnamscy pracownicy bazy mieszkali w położonych nieopodal strategicznych wioskach. W teorii byli oni sprawdzeni przez miejscową policję. W rzeczywistości, niektórzy z nich byli partyzantami korzystającymi z tuneli wokół bazy i większość pracowników była w kontakcie z miejscową organizacją NFW. Viet Cong surowo traktował fraternizację z Amerykanami, poza kontaktami o wyłącznie handlowym charakterze. Na przykład wiedziano, że Wietnamka pracująca w urzędzie pocztowym stara się o pozwolenie na małżeństwo z amerykańskim żołnierzem. Pewnego ranka jej głowę znaleziono na słupie przed bramą główną. Była tam również kartka z następującym tekstem: “To spotka Wietnamczyków, którzy zadają się z wrogiem”. Za wykonywanie takich wyroków odpowiedzialna była specjalna grupa egzekucyjna Viet Congu. Wietnamscy pracownicy bazy Cu Chi, przychodząc i wychodząc każdego dnia, ustawiali się w kolejce do przeliczenia i kontroli. Jednak co tydzień znajdowano w bazie bombę albo minę pułapkę. Można było odnieść wrażenie, że ulubionym miejscem ich podkładania były jadalnie. Jedna z takich bomb spowodowała 3 stycznia 1969 roku dziesiątki ofiar. Dzisiaj niewielu wietnamskich pracowników cywilnych przyznaje, że kiedykolwiek pracowali dla Amerykanów. Na przykład pani Le Thi Thien jest pracującą samodzielnie krawcową, mieszkającą w wiosce Phuoc Hiep niedaleko Szosy Nr l, w pobliżu miasta Cu Chi. W czasie wojny pracowała jako kelnerka w klubie oficerskim w bazie. Wspomina: “- Musiałam tam pracować, ponieważ moja rodzina była bardzo biedna. Większość wiosek w tym rejonie została zniszczona przez bomby. Byłam zmuszona do pracy dla Amerykanów, by pomagać mojej niewidomej matce. Polecono mi, żebym obserwowała wszystko w bazie i meldowała miejscowej kadrze”. Człowiekiem, któremu składała raporty był Ho Van Nhien, który wciąż jest funkcjonariuszem partyjnym w Phuoc Hiep, “- Każda wioska wysyłała szpiegów - powiedział. - Otrzymywałem wiele meldunków. Niektórzy byli robotnikami wypełniającymi worki z piaskiem. Informowali mnie, gdy Amerykanie przeprowadzali operację. Dziewczyna z baru (pani Le Thi Tien) donosiła o wszystkich podsłuchanych rozmowach, które była w stanie zrozumieć. Przekazywałem te wiadomości dalej komitetowi dystryktowemu, dzięki czemu mogli przygotować się do odparcia każdego ataku”. Opisał, w jaki sposób meldunki wywiadu przedstawiające szczegóły przyszłych operacji “szukaj i zniszcz” były zapisywane na małych kartkach papieru, owijane w nylon i ukrywane we włosach kurierek, które wzbudzały mniej podejrzeń u policji. Inny agent, Ho, pracował w punkcie rejestracji grobów, kostnicy w bazie Cu Chi, gdzie przygotowywano zwłoki Amerykanów do przewozu do kraju. Dzięki temu Viet Cong miał o wiele dokładniejsze informacje na temat liczby amerykańskich strat, niż kiedykolwiek ogłoszono to publicznie. Fryzjerzy w obozie również znajdowali się w doskonałym miejscu, by zbierać dane wywiadowcze.
|
Wątki
|