Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Otworzyła usta chcąc mi odpowiedzieć, ale zmieniła zdanie. Na jej twarzy malował się łagodny wyrzut, zaraz jednak spojrzała na mnie wyrozumiale jak na rozkapryszone dziecko. To mnie rozwścieczyło. Wsiadłem do wozu i zapuściłem motor. Wyjeżdżając z bramy zobaczyłem ją w lusterku. Stała z takim wyrazem twarzy, jakby było jej przykro, że odjeżdżam. 73 Ale nawet w tym momencie wiedziałem, że w dużej mierze udaję gniew; ona usiłowała mnie rozbroić swoim spokojem, a ja próbowałem wytrącić ją z równowagi swoją złością. Nie żałowałem jednak swej nieuprzejmości ani tego, że odtrąciłem wszystkie jej awanse, a to, co powiedziałem o Alison, nie było zupełnym kłamstwem. Zagadka bowiem polegała obecnie na tym, dlaczego nie pozwalano mi zobaczyć się z Alison. Czegoś ode mnie wyraźnie oczekiwano, jakiegoś wyczynu godnego Orfeusza, wtedy może uzyskałbym dostęp do podziemnego świata, gdzie ją ukryto, czy gdzie ukryła się sama. Znów zostałem wystawiony na próbę. Nikt nie dał mi jednak wskazówek, czego się po mnie oczekuje. Znalazłem wejście do Tartaru. Ale dzięki temu wcale nie znalazłem się bliżej Eurydyki. Podobnie jak nic z tego, co powiedziała mi Lily de Seitas, nie przybliżyło mnie do tajemnicy: wytyczenie drogi, jakiej drogi? Gniew pomógł mi przetrwać następny dzień, ale potem wybrałem się do Somerset House i stwierdziłem, że wszystkie podane przez Lily de Seitas fakty są prawdziwe, i gniew zmienił się w przygnębienie. Wieczorem zadzwoniłem do Much Hadham. Telefon odebrała Norweżka. - Tu Dinsford House. Słucham. - Nie odezwałem się. Ktoś musiał o coś zapytać, bo dziewczyna zawołała: - Nikt się nie odzywa. Usłyszałem głos pani de Seitas. - Hallo. Hallo. Odłożyłem słuchawkę. Zatem była tam jeszcze. Ale nic nie mogłoby mnie skłonić, żebym się do niej odezwał. Następnego dnia, był to trzeci dzień po wizycie w Much Hadham, upiłem się i napisałem przepełniony goryczą list do Alison, do Australii. Bo doszedłem do wniosku, że wyjechała do Australii. W liście powiedziałem wszystko, co miałem jej do powiedzenia, przeczytałem go ze dwadzieścia razy, jakby to mogło pomóc w nadaniu mu wagi obiektywnego dokumentu świadczącego o mojej niewinności, i o jej knowaniach. Ale ciągle odkładałem wrzucenie go do skrzynki i spędził noc na kominku. Miałem zwyczaj schodzić rano na dół i jeść śniadanie z Kemp, ale przez te ostatnie trzy dni, kiedy nienawidziłem całej ludzkości, unikałem także Kemp. Kemp nie marnowała czasu na gotowanie, ale parzyła dobrą kawę i czwartego ranka poczułem, że muszę się tej kawy napić. Kiedy wszedłem, odłożyła “Daily Worker” - czytywała “Workera”, “żeby dowiedzieć się prawdy”, i pewną inną gazetę, bo bawiło ją, że aż tak “pieprzą” - i siedziała paląc papierosa. Jej usta bez papierosa wyglądały jak jacht bez masztu, zwiastowało to katastrofę. Wymieniliśmy parę zdań. Potem zamilkła. W ciągu następnych kilku minut zdałem sobie sprawę, że spod welonu dymu litościwie przysłaniającego jej podobną Gorgonie pooraną twarz, bacznie mnie obserwuje. Udawałem, że czytam, ale nie oszukałem jej. - Co się z tobą dzieje, Nick? - Ze mną? - Nie masz przyjaciół, nie masz dziewczyn, siedzisz sam jak palec. - Błagam cię, nie o tej porze. Siedziała rozwalona, zniszczony czerwony szlafrok, potargane włosy, stara jak czas. - Wcale nie szukasz pracy. To wszystko zawracanie głowy. - Jak sobie chcesz. - Chcę ci pomóc. - Wiem, Kemp. Spojrzałem na jej twarz. Nalana, gąbczasta, oczy zmruýone, ýeby nie ůzawiůy od dymu, przypominajŕca maskć z teatru Nő, o dziwo pasowaůo to do jej akcentu cockney i do przybranej pozy twardości. Ale nagle, a był to u niej niezwykły gest serdeczności, poklepała mnie po ręce. Wiedziałem, że jest o pięć lat młodsza od Lily de Seitas, ale wyglądała o dziesięć lat starzej. Według obowiązujących norm była plugawą staruchą, typową przedstawicielką tego, czego mój ojciec nienawidził najbardziej, bardziej jeszcze niż “tych przeklętych socjalistów” i “tych bęcwałów - pedałów z White Hall”, czyli “długowłosych lekkoduchów”. Oczyma duszy zobaczyłem ojca w drzwiach pokoju, krzaczaste pułkownikowskie wąsy, agresywne spojrzenie błękitnych oczu; patrzy na niezasłany tapczan, śmierdzący zardzewiały piecyk, bałagan na stole, krzykliwe, abstrakcyjne, choć nie pozbawione seksualnych aluzji obrazy, stos wyszczerbionych talerzy, starych ubrań, starych gazet... Ale w tym ruchu Kemp i spojrzeniu, jakim mnie obrzuciła, było więcej ciepła, niż kiedykolwiek doznałem w rodzinnym domu. Niemniej nie potrafiłem się wyzwolić spod władzy tego domu, tamtych lat, nie umiałem odpowiedzieć na jej serdeczność. Nasz wzrok spotkał się w próżni, której nie umiałem wypełnić. Ona ofiarowała mi matczyną troskę, ja wycofałem się na pozycje osamotnionego syna. Cofnęła rękę. Powiedziałem: - To bardzo skomplikowana historia. - Mam czas. Nagle jej twarz za mgiełką błękitnego dymu wydała się tak groźna i nieprzenikniona jak twarz sędziego śledczego. Lubiłem ją, naprawdę ją lubiłem, ale jej ciekawość oplotła mnie jak sieć. Byłem podobny dziwacznym pasożytom, które mogą egzystować tylko w pewnych specjalnych sytuacjach; Nie, nie mieli w czasie procesu racji. Nie żerowałem na dziewczętach, byłem ofiarą faktu, że nawiązać kontakt z człowieczeństwem, otworzyć serce mogłem tylko przez dziewczęta. I w tym sensie byłem naprawdę ofiarą.
|
Wątki
|