W umyśle Lindena rozległ się chichot Ottera...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.

— Małego?! Ten chłopak jest teraz prawie twojego wzrostu! I ku rozpaczy ojca nadal ma bzika na punkcie koni. Szkoda, że nie płynie ze mną. Szybko znaleźlibyście wspólny język.
Linden skinął głową, zapominając jak zwykle, że Otter go nie widzi. A jednak czuł się tak, jakby bard stał tuż obok.
— A po co podróżujesz do Casny?
— To po prostu pierwszy północny port, do którego ma zawinąć „Morska Mgła”. Zamierzałem udać się do Smoczej Twierdzy i wyciągnąć cię na wspólną wędrówkę. Biedna Maurynna; kiedy się dowiedziała, chciała mi towarzyszyć za wszelką cenę. Namawiała swojego wuja, czyli głowę rodziny, żeby zlecił jej podróż handlową lądem, ale niestety nie miał dla niej nic takiego.
Linden był ciekaw, kim jest Maurynna. Po chwili domyślił się, że to kapitan statku. A po brzmieniu wewnętrznego głosu Ottera odgadł, kto jest ofiarą barda.
— Co ty knujesz? — spytał.
— Niech cię o to głowa nie boli, chłopie. O bogowie, nie widzieliśmy się kawał czasu!
Linden westchnął. Zapomniał, jak długo ciągną się lata zwykłym śmiertelnikom. Częścią magii Ludzi Smoków było to, że nie odczuwali upływu czasu, dopóki nie obudziła się smocza połowa ich duszy. Lata mijały im z szybkością dni. Błogosławieństwo i zarazem przekleństwo.
Rozmasował skronie. Nawet mimo pomocy magii merlingów zaczynała go boleć głowa.
— Kief i Tarlna też lecą — powiedział.
Na moment ogarnął go smutek. Miał nadzieję, że Otter tego nie wyczuje.
— Tarlna, hę? Pechowiec z ciebie. Ale Maurynna będzie zachwycona! Trójka Ludzi Smoków w Casnie!
Linden uniósł brwi. Stał się podejrzliwy.
— Ach taki A kiedy zawiniecie do portu?
— Myślę, że za kilka tygodni, ale nie jestem pewien. Może wcześniej. Podobno płyniemy w dobrym tempie. Opuściliśmy Assantik zaledwie dwa dni temu. Szukaliśmy Wielkiego Prądu, jak to określiła Maurynna. A, prawda... Mogę cię prosić o przysługę, Lindenie?
No proszę. Wyszło szydło z worka.
— Oczywiście. O co chodzi?
— Czy mógłbym ci ją przedstawić? Pali się, żeby cię poznać.
O bogowie! Bez wątpienia jeszcze jedna, która poluje na kochanka — Lorda Smoka. Miał nadzieję, że nie będzie zbyt wylewna. Ale skoro to przyjaciółka Ottera, nie wypada odmówić.
— Proszę bardzo.
— Muszę cię z góry uprzedzić, że jesteś jednym z jej bohaterów. Uwielbia opowieści o Lordach Smokach, o Bramie i Rani i o Wojnie Kelnethijskiej. Spełni się jej marzenie. Nie tylko jesteś Lordem Smokiem, chłopie, ale również krewnym Brama. Walczyłeś ramię w ramię z nim i z Rani.
Linden skrzywił się. Zapowiada się gorzej niż zwykle.
— Kief i Tarlna... — Otter zawahał się na moment. — Współczuję ci, Lindenie. To będzie dla ciebie przykre, prawda?
Linden zwiesił głowę. Chociaż w Smoczej Twierdzy otaczały go same pary, jakoś udawało mu się to ignorować. Jeśli miał tego dość, zawsze mógł uciec do przyjaciół w pobliskich wioskach lub wybrać się konno w góry. Ale w Gaśnie będzie miał tylko dwoje znajomych — Kiefa i Tarlnę. Należeli do najlepiej dobranych par w Twierdzy. Ich bliska obecność to jak sypanie soli w otwartą ranę. Choć może w Casnie spotka kogoś, kto pomoże mu choć na chwilę zapomnieć o tym.
Powinien był przewidzieć, że bard pamięta o jego samotności. Próbował to zlekceważyć.
— Przynajmniej to nie ja jestem związany z Tarlną.
Żeby zmienić temat, powtórzył Otterowi, co wcześniej mówiła Lleld.
Bard roześmiał się.
— Tak powiedziała? A to mała diablica! Będziesz miał dość kłopotów z Tarlną. Niepotrzebny ci złośliwy mag.
— Chyba wolałbym maga — odrzekł Linden.
Poczuł, że moc słabnie; grupa merlingów musiała się rozproszyć.
— Nie uda mi się dłużej utrzymać kontaktu, Otterze.
— Rozumiem. Mam cię szukać w pałacu, kiedy zawiniemy do portu? Znają mnie tam. Wiele razy grałem dla królowej Desii.
— Tak. Do zobaczenia. — Linden przerwał połączenie i jęknął.
Pod czaszką czuł ból, ale woń kwiatów callithy podziałała na niego kojąco. Długo wpatrywał się w nocne niebo.
 
Nethuryn nie miał pojęcia, kto wsunął mu wiadomość pod drzwi. Może Joreda? Czasami jej przepowiednie się sprawdzały. Anonimowe ostrzeżenie wyglądało na prawdziwe.
„Zimnooki wysyła za tobą swojego wilka”.
Nethurynowi trzęsły się ręce, gdy w kółko czytał to zdanie.
— Bogowie, miejcie mnie w opiece — szepnął w końcu stary mag. Rozejrzał się szybko po swej wygodnej kwaterze.
Wiedział, kto go ściga i czego chce. Wiedział nawet, kto jest tym „wilkiem”.
Czarno-biały kot miauknął i otarł się o jego kostki. Chciał zwrócić na siebie uwagę. Nie doczekawszy się pieszczot, wbił pazury w szatę swojego pana.
Szarpnięcie wyrwało starca z zamyślenia.
— Och, przepraszam cię, Merro... Przez długi czas było nam tu dobrze, ale teraz... — Zachwiał się i chwycił oparcia krzesła. — Teraz musimy uciekać.
Tylko gdzie się ukryć? Pelnar nie jest na tyle potężnym państwem, by zapewnić mu bezpieczne schronienie...
Zrozpaczony osunął się na podłogę. Może lepiej się poddać? Jest już stary, bezużyteczny, prawie pozbawiony mocy magicznej...
Merro wskoczył mu na ręce i zamruczał z zachwytem. Co się stanie z Merro, jeśli zginę? — pomyślał Nethuryn, patrząc, jak koci łeb ociera się o jego ramię.
Stary mag wziął głęboki oddech.
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.