Wędrował tak przed siebie, aż doszedł do przydrożnego krzyża nie opodal Ollertonu, a że był trochę zmęczony, usiadł na porośniętej trawą skarpie przy...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
“Właściwie pora już wracać do Sherwoodu — powiedział sobie. — Ale bardzo bym się cieszył, gdyby mi się trafiła jeszcze jedna wesoła przygoda, zanim znajdę się znów ze swoją dzielną bandą”. Śledził więc drogę w obie strony, czy ktoś nie nadchodzi, wreszcie zamajaczył mu w oddali jakiś jeździec na koniu. Robin zaśmiał się, gdy zobaczył go z bliska, gdyż osobliwa to była figura. Chudy i zwiędły człowieczek, gdy na niego popatrzeć, licho wie, ile miał lat, trzydzieści czy sześćdziesiąt, taki był wysuszony na kość. Szkapa była równie chuderlawa jak on, oboje wyglądali jak wyprażeni w Piecu Matki Kletki, gdzie ludziska tak wysychają na wióry, że śmierć im już nigdy nie grozi. Biedne szkapisko nosiło łeb przy ziemi, a grzywę miało tak potarganą, jakby w niej myszy gniazda zakładały; grzbiet sterczał ostro niczym świeżo odwalona skiba, a żebra rysowały się przez skórę jak obręcze na baryłce z pięcioletnim piwem. Szkapa dryndała się drogą, a jeździec podrygiwał na siodle, aż mu się głowa na cienkiej szyi telepała. Robin śmiał się z tego widoku, aż mu łzy w oczach stanęły, bo na dodatek jeździec, jakby chciał jeszcze komiczniej wyglądać, zamiast butów miał na nogach chodaki z grubą na pół dłoni drewnianą podeszwą, nabijaną wielkimi ćwiekami.
Ale choć Robin śmiał się, wiedział, że podróżny to bogaty handlarz zboża z Worksop, który nieraz już skupywał wszystkie ziarno w okolicy i trzymał je dotąd, aż wyśrubował głodowe ceny, tak żerując na ubogich ludziach, za co go wszyscy wokół nienawidzili, kto go tylko trochę znał.
Oho, złodziejska papugo! — powiedział sobie Robin, kiedy zobaczył, kto to nadjeżdża. To ty, co! Rad bym cię oskubać do gołej skóry. Ale tyś taki cłiytry, że bardzo wątpię, czy tak blisko Sherwoodu znajdzie się przy tobie coś z twoich parszywych zysków. W każdym razie zobaczymy, co się da zrobić. Jak powiada nasz Swanthold: “Chcesz coś mieć, to spróbuj, Ned”.
Niebawem kupiec zrównał się z krzyżem, pod którym siedział Robin, a wtedy ten wyskoczył na drogę w łachmanach, z torbami dyndającymi u pasa, i schwycił konia za uzdę, wołając do jeźdźca, żeby się zatrzymał.
— Coś. ty za jeden, bratku, że śmiesz zatrzymywać tak ludzi na królewskim gościńcu? — odezwał się chudzielec cierpkim tonem.
— Zlituj się nad biednym żebrakiem — powiedział Robin. — Daj mi choć na kawałek chleba.
— A niech cię diabli wezmą! — warknął tamten. — Dla takich opryszków jak ty w więzieniu jest miejsce, powinniście dyndać na szubienicy, a nie wałęsać się po drogach.
— Sza — powiedział Robin — co ty wygadujesz! Przecież jesteśmy braćmi, człeku. Czy obaj nie wyłudzamy od ubogich ludzi ostatniego grosza? Czy obaj nie tuczymy się cudzą krzywdą? Czyż obaj nigdy nie przykładamy palca do uczciwej pracy? Czy który z nas pomacał kiedykolwiek przyzwoicie zarobiony szeląg? A niech cię! Jesteśmy braćmi, powiadam, tylko że tyś bogaty, a ja biedny, więc proszę cię jeszcze raz, daj mi pensa z łaski swojej.
— Jak śmiesz tak do mnie pyskować, gagatku? — zawołał rozwścieczony kupiec. — Każę cię porządnie wychłostać, niech cię tylko zobaczę w jakimś mieście pod strażą prawa. A pensa na oczy nie zobaczysz, bo przysięgam ci, że nie mam w sakiewce ni miedziaka. Niechby mnie sam Robin Hood przychwycił, to nic by przy mnie nie znalazł, choćby mnie obszukał od stóp do głów. O, nie jestem w ciemię bity, żeby podróżować z pełną sakiewką w pobliżu Sherwoodu, kiedy ten zbój hula po lasach.
Robin Hood rozejrzał się dokoła, jakby chcąc sprawdzić, czy nikt nie dosłyszy, a potem wspiął się na palce i szepnął kupcowi na ucho:
— Myślisz, że naprawdę jestem żebrakiem, jak się wydaje? Przyjrzyj mi się, nawet smużki brudu nie ma na moich rękach, na twarzy czy na ciele. Widziałeś kiedy takiego żebraka? Mówię ci, że jestem taki sam uczciwy człowiek jak ty. Spójrz, przyjacielu... — Wydobył z zanadrza sakiewkę z pieniędzmi i pokazał oszołomionym oczom spekulanta błyszczące sztuki złota. — Przyjacielu, te łachmany mają tylko ukryć zacnego i bogatego człowieka przed okiem Robin Hooda.
— Schowaj to, chłopcze, natychmiast — zawołał tamten z pośpiechem. — Czyś ty zgłupiał? Myślisz, że żebracze łachmany osłonią cię przed Robin Hoodem? Jeśli cię złapie, obedrze cię do naga, bo on tak samo nienawidzi krzepkiego żebraka jak tłustego księdza czy ludzi mojego pokroju.
— Czyż to prawda? — powiedział Robin. — Gdybym o tym wiedział, nie pokazałbym się chyba w tych okolicach w takim stroju. Ale muszę spieszyć dalej, bo to dla mnie bardzo pilna droga. A dokąd ty zmierzasz, przyjacielu?
— Jadę do Grantham — odparł kupiec — ale na noc zatrzymam się w Newarku, jeśli tam zdążę.
— To i ja spieszę do Newarku, obu nam po drodze — rzekł wesoły Robin. — Co dwóch uczciwych ludzi, to nie jeden, we dwójkę zawsze bezpieczniej, kiedy takie Robin Hoody grasują po drogach, więc pomaszeruję z tobą, jeśli nie pogardzisz moim towarzystwem.
— Skądże, skoro jesteś uczciwy człek i taki bogaty — odparł spekulant — wcale mi nie wadzi twoje towarzystwo. Ale, dalibóg, nie mam dużej sympatii do żebraków.
— No to w drogę — rzekł Robin — bo dzionek dogasa i ciemno się zrobi, zanim dostaniemy się do Newarku.
Ruszyli więc naprzód, szkapa pocwałowała, a Robin biegł dusząc się niemal ze śmiechu, bo bał się parsknąć mu w nos, żeby w kupcu nie wzbudzić podejrzeń. Wydostali się tak aż na pagórek na samym skraju Sherwoodu. Podjazd był stromy, więc chudzielec zwolnił chcąc oszczędzić szkapy, bo czekała go jeszcze długa droga. A potem obrócił się na siodle i odezwał do Robina pierwszy raz, odkąd odjechali spod krzyża.
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.