Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Wałach uspokoił się natychmiast.
- Z drogi - krzyknął Mały, czując, że koń drży pod nim i że zanosi się na zaciętą walkę. - Ja i koń musimy się wzajemnie poznać. Lubię używać ostróg. Dotknął nimi konia: gniady wyleciał w powietrze jak raca. Może w żyłach jego płynęła kropla krwi “broncho”? Może widział występy mustangów? W każdym razie Cesarz, bo tak się nazywał, przez kilka minut wściekał się jak zły kot, kręcił w kółko i wił jak owad, parskał i szalał. Pół tuzina chłopców stajennych stało w pogotowiu, by na skinienie biec na pomoc i schwycić oszalałego konia za uzdę, ale Tomasz Lewen wstrzymał ich. - Z Verealami to tak zawsze - mówił ponurym głosem. - Dopiero się wtedy czegoś nauczą, jak połamią sobie kości. Ten zrobi to samo. Hola! Hola! Okrzyk ten wyrwał się z ust Lewena na widok Cesarza, który dawszy ostatniego, ogromnego szczupaka, spokojnie dotknął kopytami ziemi, otrząsnął się cały jak pies wyłażący z wody i oddalił umiarkowanym galopem. Drogę zagradzała niska furtka. Zanim zdążono ją otworzyć, Mały dotknął ostrogami konia, wałach przeskoczył furtkę i obaj znikli na drodze wiodącej do San Triste. Słychać było tylko echo kopyt końskich, uderzających o kamienie. - To nie wygląda na połamanie kości - zawołał któryś z chłopców stajennych. Tomasz Lewen gapił się wciąż jeszcze za nimi, choć zwykle nie dziwił się zbytnio niczemu. Zapomniał mówić po hiszpańsku i mruczał w ojczystym języku. - Niemożliwe. Cesarz to paskudne bydlę, a ten chłopak chyba nie mógł... A jednak zrobił to. Pierwszy jeździec urodził się w rodzinie Verealów. Mały nie myślał o zdziwieniu, które wywołał. Cieszył go wiejący w twarz wiatr. Gnał w takim tempie, że koń przy wjeździe do miasta okryty był pianą. Choć przeleciał szybko przez ulice San Triste, mieszkańcy zdążyli dojrzeć jego elegancką postać i uśmiechali się z zadowoleniem na jej widok. Gruby sklepikarz wybiegł ze straganu, gapił się i uśmiechał, jakiś przechodzień zdjął kapelusz i długo nim powiewał, dziewczyna posłała jeźdźcowi całusa. Ulicami San Triste pędziła radosna wieść. Stare miasto budziło się pod łagodnymi promieniami porannego słońca: Vereal był między nimi, należało więc wstać i zabrać się do roboty. Pod szerokim sklepieniem bramy wiodącej do domu Alverada zadudniły kopyta gniadego wałacha. Jeździec zeskoczył z konia, rzucił lejce służącemu, roześmiał się widząc, z jakim nadludzkim wysiłkiem stara się utrzymać narowistego konia i wszedł do domu. Zaprowadzono go od razu do Alverada, który siedział w bibliotece i palił cygaro. Fryderyk Alverado był kimś w rodzaju uczonego i surowa jego twarz nabierała jedynie wówczas wyrazu miękkości, gdy trzymał w ręku otwartą książkę. Poczęstował pana Vereala cygarem, ale Mały zapalił papierosa, rzucił zapałkę do popielniczki i natychmiast przystąpił do wyjaśnienia celu swojej wizyty. - Prosiłem pana na obiad do pałacu Verealów. Pan nie przyszedł. Proszę mi powiedzieć: dlaczego? Choć Alverado domyślał się przyczyny, dla której przybył tu ten nowy Vereal, nie spodziewał się jednak takiego i w takiej formie zadanego pytania. Był zaskoczony, stracił na chwilę zwykłą pewność siebie. - Obawiałem się, że nie wszyscy się tam ucieszą. - Dlatego, że się pan nie przyłączył do nas tej nocy, kiedy tu przyjechałem? To przecież bagatelka. Szanuję ludzi, którzy postępują z namysłem. W pańskich oczach mogłem być po prostu awanturnikiem. Roześmiał się. Alverado milczał. - A ja szukałem innych przyczyn, które tłumaczyłyby pańską, wobec mnie, oziębłość. I zdaje mi się, że trafiłem na nie. Stare przysłowie mówi: Źródłem wszelkiego zła jest pieniądz. Znalazłem kwit na jakieś pieniądze, które Cabrillo pożyczył panu z Verealowskich funduszów. Wyciągnął z kieszeni kartkę papieru. Alverado rozejrzał się po pokoju przerażonym wzrokiem. Nic nie mogło go uratować od uniknionej klęski. Gdzieś w głębi domu otworzono drzwi, świeży, dziewczęcy głos zanucił piosenkę. - To prawda. Dług istnieje - odparł wreszcie, zwracając się w stronę gościa. - Myli się pan. Nie ma żadnego długu. Rzucimy to do ognia. Mały podarł papier i wrzucił go do kominka. Z całego kwitu został tylko biały rożek papieru. Alverado zagryzł wargi. - Istnienie czy zniknięcie kawałka papieru nie zmniejsza długu ani o grosz - powiedział surowo. - Myli się pan, myli - odparł prędko Mały. - Verealowie nie pamiętają takich rzeczy, chyba że im o nich przypominają kwity. Dług przestał istnieć. W San Triste nie ma wiele nazwisk, które mogą się równać nazwisku Alveradów. Pan jest w kłopotliwym położeniu. Proszę nie zaprzeczać. Powiedział mi o tym Ferdynand Moya. Ten młodzieniec, to wcielony diabeł: wie wszystko to, co ludzie starają się przed nim ukryć. Mówił mi, że pan ma jeszcze inne długi. Biedny z pana człowiek! Ale to wszystko nie jest aktualne. Do San Triste powrócił Vereal, a jego majątek jest zarazem majątkiem jego przyjaciół. Alverado zagryzł usta do krwi. Pod wpływem dumy, wstydu, strapienia, wątpliwości, bladł i czerwieniał na przemian. - Dlaczego pan chce to zrobić dla mnie? - powiedział wreszcie, nie odrywając wzroku od podłogi. - Gdyby słuchały nas czyjeś uszy, nie mógłbym mówić w ten sposób do pana - odparł Mały. - Ale nie ma tu nikogo i nie potrzebuję się liczyć z moją dumą. Zwracam się więc do pana z całą szczerością. Był pan najbliższym, najszczerszym przyjacielem mojego ojca, niech pan będzie i moim. Mały widział, jak na wyniosłe czoło Meksykanina wystąpiły krople potu. Dojrzał, że wąska, spoczywająca na stole dłoń Alverada drży. W końcu dumny pan podniósł wzrok i popatrzył mu prosto w oczy. - Muszę się panu przyznać, że do tej chwili wątpiłem we wszystko - powiedział. - Ale teraz wiem: Vereal powrócił do San Triste! Uroczyście uścisnęli dłonie.
|
Wątki
|