tamten nadal dawał mu znaki, przykładał dłoń do ucha i natarczy-wie wyciągał przed siebie karabin, jak gdyby go nie rozumieli...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.

 
— ZostaÅ„ tutaj, przy erkaemie, i nie strzelaj, dopóki nie bÄ™dzie
zupełnie, zupełnie pewne, że tu idą. I nie wcześniej, aż dojdą do
tego krzaka — pokazaÅ‚ Robert Jordan. — Rozumiesz?
 
— Tak, ale...
 
— Nie ma żadnego ale. WytÅ‚umaczÄ™ ci później- IdÄ™ do
Primitiva.
 
Anselmo stal przy nim, więc powiedział do niego:
 
— Viejo, zostaÅ„ z Agustinem przy karabinie. — MówiÅ‚
powoli, niespiesznie. — Nie wolno mu strzelać, dopóki kawaleria
nie wejdzie w przesmyk. Jeżeli się tylko pokażą, ma ich przepuś-
cić, tak jak przedtem. Jeżeli będzie musiał strzelać, przytrzymaj
mu mocno trójnóg i podawaj magazynki w miarę, jak będą się
opróżniały.
 
— Dobrze — odrzekÅ‚ stary. — A co z La Granja?
 
— Później.
 
Robert Jordan zaczął się wspinać po szarych skałach, czu-
jąc pod palcami ich wilgotność, kiedy podciągał się coraz
wyżej. Słońce szybko roztapiało leżący na nich śnieg. Wierzchołki
skał już obsychały; kiedy obejrzał się na okolicę, zobaczył sosnowy
las, podłużną, otwartą polanę, dalej spadzisty upłaz, a za nim
wysokie góry. Wreszcie stanął obok Primitiva w zagłębieniu za
dwoma głazami i niski, smagły mążczyzna powiedział do niego:
 
— AtakujÄ… Sorda. Co robimy?
 
30 — BN II, 194 E. Hcmingway; Komu bije dzwon
 
364
 
ERNEST HEMINGWAY
 
KOMU BIJE DZWON
 
365
 
— Nic — odrzekÅ‚ Robert Jordan.
 
Z tego miejsca słyszał wyraźnie strzały i popatrzywszy na
okolicę dojrzał daleko, za odległą doliną, tam gdzie teren znów
wznosił się stromo, oddział kawalerii, który wynurzywszy się z
lasu jechał pod górę po ośnieżonym zboczu w kierunku strzelani-
ny. Długa, podwójna linia jeźdźców i koni czerniała na śniegu,
wjeżdżając na strome wzniesienie. Widział, jak dosicgnęła szczytu
i znikła między drzewami.
 
— Musimy im pomóc — powiedziaÅ‚ Primitivo. GÅ‚os jego byÅ‚
suchy i płaski.
 
— Niemożliwe—odparÅ‚ Robert Jordan.—SpodziewaÅ‚em siÄ™
tego przez całe rano.
 
— Jak to?
 
— Wczoraj wieczorem poszli ukraść konie. Åšnieg przestaÅ‚
padać i tamci ich wytropili.
 
— Ale my musimy im pomóc — powtórzyÅ‚ Primitivo. — Nie
możemy zostawić ich samych w takiej chwili. To są nasi towarzy-
sze.
 
Robert Jordan położył mu rękę na ramieniu.
 
— Nie możemy nic zrobić — powiedziaÅ‚. — GdybyÅ›my
mogli, zrobilibyśmy to zaraz.
 
— GórÄ… można siÄ™ tam przedostać. Możemy pójść tamtÄ™dy z
końmi i dwoma automatami. Tym, co jest na dole, i twoim. W ten
sposób im pomożemy.
 
— SÅ‚uchaj...—zaczÄ…Å‚ Robert Jordan.
 
— Ja sÅ‚ucham tego — odparÅ‚ Primitivo.
 
Strzały toczyły się zachodzącymi na siebie falami. Potem,
pośród suchego terkotu broni maszynowej, usłyszeli ciężkie,
głuche wybuchy ręcznych granatów.
 
— Oni sÄ… zgubieni — powiedziaÅ‚ Robert Jordan. — Byli
zgubieni już wtedy, jak śnieg przestał padać. Jeżeli tam pójdzie-
my, będziemy zgubieni także. Nie można rozdzielać tych skąpych
sił, jakie mamy.
 
Szczęki Primitiva, jego górną wargę i szyję pokrywała szpako-
 
 
wata szczecina zarostu. Reszta twarzy była jednolicie śniada, ze
złamanym, spłaszczonym nosem i głęboko osadzonymi szarymi
oczami. Patrząc na niego Robert Jordan zauważył, że szczecina
drga mu w kÄ…cikach ust i na krtani.
 
— PosÅ‚uchaj tego — rzekÅ‚ Primitivo. — Tam jest masakra.
 
— Jeżeli otoczyli kotlinÄ™, to tak — odparÅ‚ Robert Jordan. —
Ale kilku mogło się wydostać.
 
— GdybyÅ›my teraz na nich uderzyli, można by zajść ich od
tyÅ‚u — powiedziaÅ‚ Primitivo. —^ Niech czterech naszych idzie z
końmi.
 
— A potem co? Co bÄ™dzie, jak ich zajdziecie od tylu?
 
— PoÅ‚Ä…czymy siÄ™ z Sordem.
 
— Å»eby tam zginąć? Spójrz na sÅ‚oÅ„ce. DzieÅ„ jeszcze dÅ‚ugi.
Niebo było wysokie, bezchmurne, a słońce grzało ich w plecy.
WÄ…tki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak ciÄ™ zÅ‚apiÄ…, to znaczy, że oszukiwaÅ‚eÅ›. Jak nie, to znaczy, że posÅ‚użyÅ‚eÅ› siÄ™ odpowiedniÄ… taktykÄ….