stunka śmierci...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Poza ciszą nic mnie nie czeka.
Lecz czego ja naprawdę chcę? Miałam już wszystko. Miłość i szczęście u boku
Patricka. Dziecko. Miałam to, czego pragnęłam w życiu najbardziej. Teraz nadchodzi
kres. Teraz Sarah zajmie moje miejsce. Wyjdzie za mąż, będzie miała dzieci. A ja będę
babcią.
4
5
Uśmiechnęła się do siebie. Być babcią — ileż to nowych radości. Wyobraziła sobie
dorodną, rozbieganą gromadkę, dzieci jej córki; urwisy z niesfornymi, czarnymi lokami
Sarah, wijącymi się wokół pucołowatych twarzyczek, tłuściutkie, małe dziewczynki.
Znów powrócą książeczki dla dzieci, znów nastanie czas opowiadania bajek...
Uśmiechnęła się do swoich myśli, a mimo to drobne igiełki chłodu nadal ziębiły
jej serce. To odzywał się dawno stłumiony żal. Żal po stracie Patricka. Ileż to już lat
— Sarah była wówczas trzyletnim dzieckiem! Ile lat. Rany zdążyły się zagoić. Potrafiła
myśleć o Patricku z rozrzewnieniem, nie z bólem. Porywczy, impulsywny młody mąż,
którego tak bardzo kochała. Jak daleko zostawiła go za sobą, w jak odległej przeszło-
ści...
Ale dzisiaj żal powrócił z dawną siłą. Gdyby żył Patrick, Sarah mogłaby sobie od nich
odchodzić nie raz i nie dwa. Mogłaby wyjść za mąż albo usamodzielnić się i zamieszkać
osobno, albo, tak jak teraz, wyjechać na narty do Szwajcarii. Ona i Patrick byliby razem.
I choć starsi, choć wyciszeni, to przecież wiedliby wspólne życie, raz na wozie, raz pod
wozem, ale zawsze we dwoje. Nie byłaby sama...
Ann Prentice zmieszała się z dworcowym tłumem. Jak złowieszczy wygląd mają dzi-
siaj czerwone autobusy; ustawione w szeregu niby potwory, oczekujące na dawno upa-
trzoną ofiarę, pomyślała. Zupełnie jakby żyły własnym życiem, i to nieprzyjaznym dla
ich stwórcy, człowieka.
Zajęty sobą, hałaśliwy i zatłoczony świat. Wszyscy się gdzieś śpieszą, pędzą na oślep
i albo mówią za głośno i śmieją się zbyt hałaśliwie, albo pogrążają w zaciętym milcze-
niu, znamionującym smutek i zgryzotę; witają się, żegnają, rozstają...
I znów, jeszcze raz, nieoczekiwanie dla samej siebie, Ann poczuła ten nieprzyjemny
chłód. Tak odzywała się samotność.
Pora, żeby Sarah odeszła ode mnie, pomyślała. Za bardzo się od niej uzależniani. I,
być może, za bardzo ją uzależniam od siebie. Muszę przestać. Nie można zatrzymywać
przy sobie dziecka, które dorasta. Zabraniać mu żyć po swojemu. To jest po prostu nik-
czemne. Tak, nie da się tego inaczej nazwać jak nikczemnością.
Ona, Ann, musi się usunąć w cień, zostać w tle, zachęcić Sarah do życia na własny ra-
chunek, do zdobywania własnych przyjaciół.
Czyżby? Uśmiechnęła się mimo woli, ponieważ Sarah nie potrzebowała żadnej za-
chęty. Sarah miała masę przyjaciół i całe mnóstwo planów na przyszłość. Była w cią-
głym ruchu, w ciągłym uniesieniu. Wierzyła w siebie. Uwielbiała matkę, lecz traktowała
ją z uprzejmą pobłażliwością jak kogoś, komu z racji podeszłego wieku obce jest jakie-
kolwiek zrozumienie świata.
Dla Sarah czterdzieści jeden lat było jednoznaczne z wiekiem starczym, podczas gdy
ona, Ann, zaledwie z trudem przyzwyczajała się do określania siebie mianem kobiety
w wieku średnim. I to nie dlatego, że usiłowała zatrzymać czas; ledwo używała pudru
4
5
czy szminki, a jej strój — proste płaszczyki i takież spódnice oraz sznureczek prawdziwych pereł — nadal pachniał prowincjonalną atmosferą, jaka otacza młode, świeżo
przybyłe do miasta mężatki.
Wzdychając, powiedziała na głos: „Ależ jestem głupia. Wszystkiemu winne to rozsta-
nie z Sarah”. Jak to mówią Francuzi? Partir, c’est mourir un peu...*
Tak, to prawda... Sarah, unoszona w dal przez wypuszczający kłęby dymu pociąg,
stała się martwa dla własnej matki. A ja dla niej, dodała w duchu Ann. Dziwna rzecz
— odległość; rozdzielenie w przestrzeni...
Sarah, żyjąca jednym życiem. Ona, Ann, drugim. Własnym.
Chłód w jej sercu z wolna zaczął się zamieniać w delikatne uczucie przyjemności.
Teraz sama będzie mogła decydować o porze wstawania i nikt ani nic nie zakłóci z góry
ustalonego porządku dnia. Będzie chodziła do łóżka wcześnie, z kolacją na tacy, a może
wybierze się raz czy dwa do kina lub do teatru. Może wsiądzie do pociągu jadącego na
wieś i powłóczy się po okolicy... pospaceruje po lesie. Popatrzy na prześwitujące przez
gałęzie błękitne niebo...
Oczywiście i dotychczas mogłaby robić to wszystko, i to do woli. Jednak kiedy dwoje
ludzi mieszka pod tym samym dachem, zwykle jedno z nich narzuca rytm swego dnia
drugiemu. A poza tym Ann z prawdziwą radością uczestniczyła w ciągłej krzątaninie
Sarah.
Bez wątpienia, wspaniale jest być matką. To tak, jakby się od nowa przeżywało wła-
sne życie, choć bez dawnych cierpień młodości. Jeśli się wie, jak niewiele znaczą pewne
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.