Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Tony zastanawiał się, czy to nie on ją spowodował,
nie zatrzymując Raya i Lou pod groźbą pistoletu. Ale jedynym sposobem, by ich po- wstrzymać, było zastrzelić ich, co z niego, a nie z Bobby’ego, zrobiłoby zabójcę i co by- łoby jeszcze gorsze. A tak nie była to jego wina... I nagle zaświecił mu powód jego głu- piej wściekłości. Bobby chciał, żeby to on był oprawcą Raya i Lou! To było nie do znie- sienia. Cokolwiek poszło źle, on był tylko świadkiem, nie aktorem. Susan ziewnęła. Tony przypomniał sobie, jak szedł przez las i wzdłuż dróg, bez snu, całą noc, aż odnalazł farmera wstającego najwcześniejszym świtem. — Chcesz iść do sypialni, położyć się? — spytała Ingrid. — Nie mogę spać, kiedy on tam jest — odparła Susan. — Ja też nie — przyznała Ingrid. — Bobby wkrótce wróci. — Tak? Myślałam, że będzie próbował złapać tamtego. — Jeśli to zrobi, ja go zabiję. Lecz Bobby Andes właśnie wracał. Usłyszeli samochód na podjeździe. Znowu świa- tło wpadające oknem, drzwiami i już ujrzeli Andesa poruszającego się szybko dużymi krokami, wchodzącego do pokoju, odmienionego. — Szybko ci poszło tym razem — stwierdziła Ingrid. — Jadą? — Muszę jechać do miasta — rzucił w odpowiedzi. — Nie, Bobby, nie zostawiaj nas znowu... Jego twarz była skórzasta, bez żadnej płynnej osłabiającej choroby, a raczej z tward- szą, trwalszego rodzaju. 196 197 — Wickham dostał telefon. Muszę zobaczyć się z Amblerem. Tylko bez paniki, to ważne. Wszystko ma pod kontrolą, ale trzeba trochę wysiłku, żeby utrzymać się na kursie. Żadne katastrofy im nie grożą, jeśli będą uważać. — Zanim pojadę — zaczął, patrząc na całą trójkę, jakby oczekiwał ich uwagi, cho- ciaż już skupił ich uwagę — musicie wiedzieć, co się dzisiaj wydarzyło. — Co się wydarzyło? — To tutaj. To, co widzieliście. — Przecież widziałam, co się stało — odparła Ingrid. — Tak? — Popatrzył na nią. — Och nie... — jęknęła. A potem nastała cisza, dziwnie mdląca. — Chcesz, żebyśmy kłamali? — przerwała ją sama Ingrid Hale. — Proszę, Bobby, nie każ nam kłamać. — Nie chcesz kłamać? Chcesz powiedzieć całą prawdę i tylko prawdę, tak mi dopo- móż Bóg, wszystko co dziś widziałaś? Tego chcesz? Wyglądała na przygnębioną. Tony’emu łomotało serce. Wykrztusiła tylko: — Och, Bobby, mój drogi... Drogi Bobby miał nabrzmiałe krwią oczy. Jego usta otworzyły się, łapczywie chwy- tając powietrze. Jakby tak było zawsze, ale Tony nie zauważył tego wcześniej. — A gówno mnie to... — zaczął Bobby. — Myślałem, że czekaliście na taką wersję wydarzeń. Ale skoro tak, to do diabła z tym. Ingrid opadła gwałtownie na krzesło. — Dobra. Jaką więc wersję mamy opowiedzieć? Powiesz nam? — To Ray Marcus zastrzelił Lou Batesa. Strzelał do niego dwa razy. Raz w tułów, raz w głowę. — Mój Boże! — jęknęła Ingrid. — Zastrzelił go, ponieważ Lou zgodził się zeznawać w sądzie. Przez chwilę znowu panowała cisza. Ingrid spojrzała na Tony’ego rozpaczliwie. Pomocy, pomocy... ale on unikał jej wzroku. — To nie ma sensu — uznała Ingrid. — To ma tyle zasranego sensu, ile będzie ci trzeba. Tony próbował wyobrazić sobie Raya Marcusa strzelającego do Lou Batesa. — Chcesz wiedzieć, jak to zrobił? — zapytał Bobby. — Chcesz, nie? Przecież Ray nie mógł nagle gruchnąć z gnata, kiedy był tu więźniem, nie? — Dobra, to mów nam to wszystko od razu — ucięła Ingrid. — Już mówię. On nie był więźniem. To znaczy był tutaj, ale wyszedł. Wyszedł po naszej rozmowie. Zabrałem go i wysadziłem przy drodze, jadąc po Lou Batesa. Tylko że on nie dotarł do domu. Albo lepiej: dotarł i wziął broń, albo zdobył broń gdzieś indziej i wrócił tu stopem, i wtedy właśnie to zrobił. To była jego zasadzka. Czyhał za chatą, strzelił do Lou, gdy ja szedłem z nim do środka, zaskoczył mnie, bam, bam. 196 197 — Wszystko sobie poukładałeś — podsumowała Ingrid. — Wystarczająco. — To jest trochę śmieszne.
|
Wątki
|