Coś tam na nią czekało...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Na pewno.
Kiedy Zeerid wrócił do ich kryjówki, zobaczył, że Aryn zniknęła. Niepokój ścisnął mu gardło. T7 odezwał się do niego z jednego z mieszkań.
- Tee-seven, gdzie ona jest? - spytał Zeerid.
Mały droid ćwierkał, gwizdał i piszczał tak szybko, że Zeerid ledwo nadążał. W końcu jednak wydedukował, że Aryn opuściła mieszkanie po krótkim odpoczynku i że nie powiedziała T7, dokąd się wybiera.
Ale Zeerid wiedział, dokąd mogła się udać. Tam, gdzie zginął Mistrz Zallow.
- Chodźmy, Tee-seven - powiedział i załadował droida na śmigacz.
W sercu Aryn kłębiły się emocje, a jej nastrój był ciemny jak noc. Normalnie nocne niebo nad Coruscant rozświetlały setki tysięcy świateł różnych przedsiębiorstw i reklam. Jednak atak pozostawił ogromne połacie planety bez prądu, a pogrążone w ciemności i ciszy miasto przypominało mauzoleum.
Aryn ostrożnie posuwała się naprzód wśród nieprzeniknionych ciemności. Podeszła do
Świątyni szerokim brukowanym traktem, który dawniej prowadził do imponującego głównego wejścia. Zdała sobie sprawę, że Malgus musiał wybrać tę samą drogę, i dziwnie ją oburzyło, że ostatnią osobą, jaka szła tą drogą przed zburzeniem Świątyni, był Sith. Wydało jej się to odrażające.
Pomyślała, że idąc po śladach Malgusa, zmaże hańbę jego kroków.
Zwolniła, gdy zburzona konstrukcja wyłoniła się przed nią z ciemności. Atak zamienił
płynne linie i eleganckie iglice Świątyni w bezkształtną stertę ruin, grobowy kurhan Zakonu Jedi.
Ten widok znów rozdrapał jej rany. Kiedy się zbliżała, duchy własnej przeszłości
powstawały z ruin - czas, który spędziła w Świątyni jako młodzik, jako padawan, potem ceremonia, podczas której została pasowana na Rycerza Jedi. Świątynia była jej domem przez dziesięciolecia -
i tutaj został zamordowany jej ojciec.
Oczami duszy widziała ostateczny cios zadany jej Mistrzowi, tak wyraźnie, jakby znów oglądała nagranie w świątynnym pokoju monitoringu. Widziała, jak Malgus wykonuje obrót, odwraca chwyt na rękojeści i przebija swoim mieczem świetlnym Mistrza Zallowa. I po raz kolejny zobaczyła wyraz twarzy Mistrza, gdy w jego oczach gasło światło i pozostała w nich tylko rozpacz.
Poniósł porażkę i wiedział o tym. Być może wiedział też, tak jak teraz Aryn, że cały Zakon Jedi poniósł porażkę.
Myśl o jej Mistrzu, umierającym z rozpaczą w sercu, wbiła gorący kolec gniewu w jej ranę.
A jednak... nie mogła przestać myśleć o wyrazie twarzy, jaki miał w jej śnie. Wyglądało to na troskę, może ostrzeżenie. Chciał jej coś powiedzieć...
Potrząsnęła głową. To był tylko sen, a nie wizja, tylko projekcja jej podświadomości.
Odsunęła tę myśl od siebie.
Musiała znaleźć Malgusa i zabić go.
Dotarła do ruin i zaczęła wspinać się po poszarpanych kamiennych blokach. Wciąż były ciepłe, biły żarem własnej zagłady. Szła pośród nich, jak pośród grobów dziesiątek Jedi, i płakała z wściekłości.
Zaczęło się jej wydawać, że struny jej wrażliwości na Moc rozbrzmiewają fałszywą nutą.
Coś chwyciło ją za ramiona i wytrząsnęło z niej żal, pozostawiając tylko gniew.
Wiedziała, co jest źródłem tego uczucia.
Włączyła miecz świetlny i spróbowała zlokalizować Malgusa.
Malgus wyczuł obecność innego użytkownika Mocy - nieprzyjemny nacisk Jasnej Strony, który przypominał mu, jak czuł się w obecności Mistrza Zallowa. Zrozumiał, że Aryn Leneer w końcu się zjawiła.
- Sprowadź prom na pięćdziesiąt metrów - powiedział. Adrenalina krążyła już w jego
żyłach. - Kiedy wysiądę, możesz odlecieć.
- Kiedy wysiądziesz, panie?
Malgus nie odpowiedział. Wyłączył tylko system bezpieczeństwa i wcisnął guzik
otwierający boczny właz. Gdy drzwi się odsunęły i do środka wpadło nocne powietrze, zionące smrodem zburzonej Świątyni i spalonej planety, pozwolił, żeby wypełnił go gniew.
Statek zszedł na pięćdziesiąt metrów. Położona w dole zburzona Świątynia była ciemna, okryta aksamitem nocy. Jednak Malgus dostrzegał obecność Aryn Leneer tak wyraźnie, jakby widział ją w pełnym słońcu.
Stanął w drzwiach, przywołał Moc, włączył swój miecz świetlny i wyskoczył w mrok.
Czyjś ryk, pełen nienawiści i wściekłości, skierował wzrok Aryn ku niebu. Malgus spadał z góry jak meteor, trzymając oburącz swój miecz świetlny. Płaszcz powiewał za nim i nad nim jak fragment ciemności. Fala Mocy nadciągała przed nim w postaci widocznego zniekształcenia. Prom, z którego wyskoczył, już odlatywał w nocne niebo.
Aryn zanurzyła się całkowicie w Mocy, przyjęła postawę obronną i sparowała oburęczny cios Malgusa znad głowy. Wylądował w kokonie energii, uderzając o podłoże z siłą, która roztrzaskała kamienie wokół nich, zamieniając je w grad odłamków. Aryn, niewzruszona, odbiła te szczątki, posługując się Mocą, a jednocześnie sparowała kolejne cięcie Malgusa. Siła ciosu Sitha wprawiła jej ramiona w drżenie, jednak Aryn się nie cofnęła.
Klingi zwarły się, iskrząc, a spojrzenia tych dwojga się skrzyżowały.
Ciemne oczy Malgusa płonęły wściekłością, która przeszywała Aryn niczym nożem. Gniew, którym promieniował, był dla niej namacalny, sprawiał, że powietrze wokół wydawało się zanieczyszczone. Ale wyczuła w nim coś jeszcze, coś nieoczekiwanego, jakąś dziwną
ambiwalencję.
- Wiem, po co przyszłaś - powiedział głosem, który zza respiratora brzmiał jak syk.
- Zabiłeś Mistrza Zallowa - wycedziła przez zęby.
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.