Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
V. 1944 r. Wywołano nas 50 osób. Część z tych ludzi zaprowadzono do pracy do młyna mielącego kamienie, a część do budowy tuneli. W grupie wysłanych do tuneli był Stasiek M. i ja. Wyrzucono nas od kamieniarzy, bo za mało robiliśmy. W 1941 r. wyrabiałem 30-35 marek miesięcznie i w roku 1944 wyrabiałem tyle samo. Uważali, że po tylu latach pracy powinniśmy wyrabiać więcej. Mówiono w obozie, że praca w tunelu jest bardzo ciężka i niebezpieczna, bo często urywające się stropy zabijają ludzi - no i praca głęboko pod ziemią.
Tunele dłubano w wysokiej na kilkadziesiąt metrów górze. Ludzie z Gusen II, którzy robili tunele w St. Georgen, mówili, że praca w tunelach - to praca w piekle, ale to może tylko dla nich, tzn. dla tych, których zamknięto w obozie w 1944 r. Praca w tunelu była rajem w stosunku do pracy w kamieniołomach w pierwszych latach obozu, rajem nawet dla muzułmanów. Nie było mordowni i bezustannego bicia. Można było odpocząć bez obawy, że za odpoczynek bidzie człowiek zabity. Praca była ciężka, ale nie nerwowa, a ciężka była tak, jak ciężka jest każda praca dla człowieka słabego i wiecznie głodnego. Dla silnych i wyżartych nie była ciężka. Natomiast była to praca niebezpieczna. Często obrywały się olbrzymie kawały materiału ze ścian i stropów miażdżąc ludzi. Praca przez cały. dzień w dużej wilgoci i przy świetle elektrycznym. W tej samej górze były dwa miejsca drążenia tuneli. W jednym miejscu były trzy wejścia - korytarze o długości około 50 metrów, szerokości około 4 metrów i wysokości 3 metry. Za korytarzami zaczynała się dopiero cała sieć tuneli - olbrzymich hal fabrycznych, o wysokości około 8 metrów, szerokości około 30 metrów. Okrążało się górę i z drugiego boku był drugi tunel; była tam tylko jedna długa hala na wyższym poziomie. Od tej długiej ha] i zaczęła się robota. W trakcie drążenia tego tunelu rozpoczęto drążenie głównych tuneli, a później dopiero rozpoczęto rycie w ziemi na dużą skalę w St. Georgen. Materiał, w którym żeśmy ryli, to twardy, zlepiony piasek. Odrywało się duże, twarde kawały, których się w ręku nie zgniotło, ale gdy uderzyłem taką bryłę mocno o ścianę, to rozbijała się całkowicie na miałki piasek. Materiał ten był koloru szarego, ale były różne odcienie do aż prawie rudego. Co jakiś czas słychać było huk, to dalej, to znów bliżej. To obrywały się olbrzymie kawały zlepionego piasku. Praca wyglądała w ten sposób, że w przodzie tunelu stała olbrzymia maszyna, która cięła ścianę okrągłymi piłami umieszczonymi obok siebie w odstępach po 20 cm. Po werżnięciu się w ścianę wyłamywano kawałki żelaznymi drągami, ładowano na wózki i wywożono materiał na usypisko. Maszyna brała prawie całą szerokość tunelu. Wygładzanie ścian odbywało się za pomocą młotów pneumatycznych, do których zakładano długie stalowe noże w kształcie klinów. Takimi samymi nożami równano strop. Czyli że wyglądało to tak: z przodu maszyna i ludzie obsługujący ją, za nimi rusztowania pod ścianami i jedno w poprzek hali, na którym pracowano młotami pneumatycznymi. W bocznych korytarzach stały puste wózki-wywrotki, które podprowadzano do czoła tunelu, ładowano i wypychano do korytarza wejściowego. Tu znów grupa ludzi wypychała wózki aż za zwrotnice toru prostego, od którego odchodziły tory do każdego wejścia. Wagony łączono i mała lokomotywa wywoziła ziemię na odległe o 200 metrów usypisko. Usypisko zaczynało się zaraz za tunelami i miało 200 metrów długości, a im dalej, tym nasyp był wyższy. Tam pracowała grupa ludzi, którzy wysypaną z wózków ziemie zsypywali w dół, żeby zrobić miejsce dla następnych wózków. Tak było przy dużym tunelu. W tym wyżej, gdzie była jedna hala, usypisko było na krawędzi góry, 50 metrów w linii prostej od wejścia, i sami ładowaliśmy wózki, wywoziliśmy, zwalaliśmy i równaliśmy teren.
|
WÄ…tki
|