Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Jak to kiedyś z czystej ciekawości poszła posłuchać „tego absurdalnego Hitlera” i jak dała się ponieść gwałtownej emocji do tego stopnia, że sama nie wiedziała, kiedy zaczęła wznosić histeryczne okrzyki. Każde słowo wydawało się jej niezwykle mądre i natchnione, ale kiedy później zaczęła je sobie odtwarzać w pamięci, okazały się bardzo przeciętne.
Właśnie coś takiego miało miejsce i teraz. Hilary mimo woli czuła, jak narasta w niej uniesienie. Dyrektor używał prostych słów. Mówił o roli młodzieży. Że do niej należy przyszłość ludzkości. — Skumulowane bogactwo, autorytety, wpływowe rodziny — to przeszłość. Dzisiaj cała siła spoczywa w rękach młodych. Mózgi — oto prawdziwa potęga. Mózgi chemików, fizyków, lekarzy… Właśnie w laboratoriach zrodziła się niszczycielska broń o niespotykanej dotąd mocy. Posiadając ją, można zawołać: „Poddaj się lub giń!” Nie powinna należeć do tego czy innego narodu. Musi pozostać pod kontrolą tych, którzy ją stworzyli. Ten ośrodek jest ogniwem skupiającym potęgę całego świata. Przybywacie do nas z rozmaitych stron globu, niosąc z sobą waszą twórczość naukową, waszą wiedzę. Przynosicie też młodość! Nie ma tu nikogo po czterdziestym piątym roku życia. .. Gdy nadejdzie odpowiedni dzień, stworzymy trust. Trust Mózgów Ludzi Nauki. Przejmiemy kontrolę nad światem. Będziemy wydawać rozkazy kapitalistom, królom, armiom, przedsiębiorcom przemysłowym. Ofiarujemy światu pax scientifica. I jeszcze więcej, więcej, w kółko te same przyprawiające o zawrót głowy frazesy, jednak nie one były tu ważne, tylko moc, dzięki której mówca panował nad słuchaczami. Nawet ci, którzy z początku odnosili się doń chłodno czy krytycznie, teraz dali się ponieść tej nieokreślonej ekscytacji, o której tak niewiele jeszcze wiadomo. Kiedy dyrektor zakończył przemówienie gromkim okrzykiem: „Odwaga i zwycięstwo! Dobranoc!”, Hilary opuściła salę z błędnym wzrokiem, w stanie jakiegoś dzikiego uniesienia, które rozpoznała również na twarzach innych. Szczególnie wyraźnie widziała je u Ericssona. Jego wodniste oczy błyszczały, głowa odchylała się w tył jak w ekstazie. Na ramieniu poczuła rękę Andy’ego Petersa. Szepnął jej do ucha: — Chodźmy na dach. Przyda się trochę powietrza. W milczeniu poszli do windy i wkrótce znaleźli się wśród palm pod gwiaździstym niebem. Peters wziął głęboki oddech. — Tak — powiedział — tego nam potrzeba. Wiatru, który rozwieje obłoki chwały! Hilary westchnęła głęboko. Czuła się nadal nierealnie. Potrząsnął nią po przyjacielsku. — Otrząśnij się z tego, Oliwio. — Obłoki chwały… — powtórzyła. — Wiesz, to naprawdę było coś takiego. — Otrząśnij się, mówię ci. Bądź kobietą! Zejdź na ziemię, do rzeczywistości. Kiedy miną objawy zatrucia gazem chwały, zdasz sobie sprawę, że to ta sama stara śpiewka, co zawsze. — Ale to wspaniałe… wspaniała idea. — Niech ją szlag trafi… Patrz na fakty. Młodzież, mózgi! Glory, glory, Hallelujah! Co to za młodzież, jakie mózgi? Helga Needheim — bezlitosna egoistka. Torquil Ericsson — niepraktyczny marzyciel. Doktor Barron, który sprzedałby do rzeźni własną babkę za wyposażenie swojego laboratorium. A ja? Zwyczajny facet, jak sama mówiłaś, dobry do probówek i mikroskopu, ale bez pojęcia, jeśli chodzi o sprawne zarządzanie nawet biurem, a co dopiero światem. A twój mąż… tak, powiem to wreszcie: kłębek nerwów, który potrafi myśleć tylko o tym, co mu zrobią, jak się do niego dobiorą. Mówię o znanych osobach, ale tu wszyscy są tacy sami, w każdym razie ci, z którymi się zetknąłem. Kilku to prawdziwi geniusze, znakomici w swoich specjalnościach, ale żeby zaraz rządzić światem? Do diabła, nie rozśmieszaj mnie! Szkodliwy stek bzdur, oto czego wysłuchaliśmy. Hilary usiadła na betonowym parapecie. Przesunęła dłonią po czole. — Wiesz — powiedziała — myślę, że masz rację… Ale obłoki chwały nadal się nade mną unoszą. Jak on to robi? Czy sam w to wierzy? Chyba musi. — Myślę, że to zawsze się sprowadza do tego samego. Jakiś szaleniec uważa się za Boga — rzekł ponuro Peters. — Pewnie tak — powiedziała Hilary powoli. — Ale jakoś dziwnie mi to nie wystarcza.
|
Wątki
|