Oczywiście magnat już pożałował swojej obietnicy, nie wie­dział jednak jak się z niej wycofać, by nie wyglądać na człowieka łamiącego swoje słowo...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Zaczął coś mówić, lecz nie dokończył. Bork czekał z nadzieją. Najwyraźniej wierzył, że hrabia potwierdzi jego słowa.
Ale to Winkle opanował sytuację.
- Och, Borku - powiedział smutno, lecz tak głośno, by wszyscy go usłyszeli. - Czy ty tego nie rozumiesz? Jego Królewska Mość robi z ciebie rycerza z wdzięczności. Jeśli jednak nie jesteś królew­skim synem, musisz dokonać jakiegoś wyjątkowego, prawdziwie bohaterskiego czynu, aby zasłużyć na rękę Brunhildy.
- Czy dzisiaj źle się spisałem? - spytał Bork. Zranione ramię nadal go bolało i tylko piwo sprawiało, że nie cierpiał z powodu na­stępstw nadmiernego wysiłku.
- Dobrze się spisałeś. Ale skoro jesteś dwukrotnie większy i dzie­sięć razy silniejszy od zwykłego człowieka, byłoby niesprawiedli­we, gdybyś zdobył rękę Brunhildy dzięki zwykłemu bohaterstwu.Nie, Borku - taki już jest świat i tak się to robi. Zanim staniesz się godny Brunhildy, musisz dokonać czynu dziesięć razy bardziej bo­haterskiego niż dzisiejszy.
Borkowi nic podobnego nie przyszło na myśl. Czy nie poszedł niemal bez osłony, by zrąbać drzewo, na którym czaili się nieprzyja­cielscy łucznicy? Czy sam jeden nie zaatakował całej armii i czy nie zmusił wroga do poddania się? Co byłoby dziesięciokrotnie bardziej bohaterskie?
- Nie rozpaczaj - wtrącił hrabia. - Na pewno w bitwach, jakie nas czekają, znajdzie się coś dziesięciokrotnie bardziej bohaterskie­go. A na razie jesteś moim rycerzem, moim przyjacielem, wielkim wojownikiem i co wieczór będziesz ucztować przy moim stole. Kie­dy zaś ruszymy do boju, zawsze będziesz się znajdował na prawo ode mnie...
- Na kilka kroków przede mną - szepnął dyskretnie Winkle.
-Na kilka kroków przede mną, by bronić honoru mojego kraju...
- Nie bądź zbyt nieśmiały - podszepnął mu Winkle.
- Nie, nie mojego kraju. Mojego królestwa. Gdyż od dzisiaj wy, moi rycerze, już nie służycie hrabiemu! Służycie królowi!
To szokujące oświadczenie wymagało trzeźwego spojrzenia -gdyby w wielkiej sali był ktoś trzeźwy. Lecz w oparach alkoholu, zmęczenia, w migotliwym blasku pochodni, rycerze spojrzeli na hra­biego i rzeczywiście wydał się im prawdziwie królewski. Pomyśleli o czekających ich bitwach i nie zlękli się ich, gdyż dzisiaj odnieśli wspaniałe zwycięstwo i żaden z nich nie przelał nawet kropli krwi. Oczywiście z wyjątkiem Borka. Ale w jakimś zakamarku ich umy­słów kryła się myśli do której sami by się przed sobą nie przyznali, gdyby ktoś zechciał otwarcie o tym porozmawiać: Bork nie jest do mnie podobny. Bork nie jest jednym z nas. W takim razie Borka można zastąpić kimś innym. Krew, która splamiła jego rękaw, jest tania. W ciele Borka jest jej znacznie więcej.
Dlatego spoili go winem, aż zasnął, chrapiąc głośno na stole, zapominając, że podstępem odebrano mu ukochaną kobietę; w owej chwili łatwo o tym zapomniał, ponieważ był rycerzem, był bohate­rem i wreszcie miał przyjaciół.
Minęły jednak dwa lata, zanim hrabia został królem. Zaczął wojaczkę w pobliżu swoich włości, walcząc z innymi hrabiami, ale wkrótce zaczął atakować wielkich książąt i lordów królestwa. Do­kądkolwiek wyruszył, przebieg akcji był taki sam. Hrabia i jego pięć­dziesięciu rycerzy jechali konno, zakuci tylko w lekkie zbroje, by móc podróżować z odpowiednią szybkością. Bork szedł pieszo, ale bez trudu dopędzał pozostałych rycerzy. Przybywali do zamku ofia­ry, a wtedy trzech giermków podawało Borkowi jego nowy, stalowy topór. Bork, okryty niemożliwą do przebicia zbroją, przechodził przez fosę, jeśli takowa tam była, i zaczynał rąbać bramę. Kiedy ją wywa­żył, brał długą, stalową sztabę i używał jej jako łomu, celując w umieszczoną za bramą wielką kratę zwaną broną. Zginał grube, żelazne pręty jak precelki, aż powstawał dostatecznie duży otwór, by mógł przezeń przejechać rycerz na koniu.
Wtedy to wracał do hrabiego i Winkle'a.
Podczas trwania tej operacji nikt nic nie mówił; ludzie hrabiego ograniczali się do strzelania z łuków, aby nikt nie wylał na Borka wrzącego oleju lub gorącej smoły, gdy robił swoje. Była to tylko zwykła ostrożność i nic więcej, gdyż nawet jeśli napadnięci postawi­li olej na ogniu w chwili, kiedy do ich zamku zbliżyła się nieliczna armia hrabiego, nigdy nie zdążył się on zagotować do czasu, aż Bork skończył.
- Czy poddajecie się Jego Królewskiej Mości? - wołał wtedy Winkle.
A obrońcy zamku, przerażeni widokiem olbrzyma, który tak ła­two wyważył bramę i pokonał ich zabezpieczenia, zazwyczaj się pod­dawali. Od czasu do czasu jednak zdarzał się manifestacyjny opór -kiedy tak się działo, na polecenie Winkle'a miasto było grabione, a rodzina pokonanego wielmoży więziona aż do zapłacenia ogrom­nego okupu.
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.