Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Nazywała ją swą najdroższą, swą najlepszą przyjaciółką,
ofiarowywała jej dozgonną miłość i wdzięczność, śmiała się i płakała. Ale nie traciła czasu na próżne wybuchy czułości. Chciała się dowiedzieć, co Anetka uczyni, aby oddalić Filipa. Anetka zbuntowała się: – Ja nic nie powiedziałam. – Powiedziała pani, powiedziała, przyrzekła mi pani! – Wyrwało mi się to słowo... – Słowo? Pani słowo! – Pani mi je wydarła, zostałam zaskoczona... 218 – Nie, pani ma tylko jedno słowo i nie może go cofnąć. Pani powiedziała: „Niech go pani zatrzyma!” Pani to powiedziała, Anetko. Niech pani przyzna, że tak było! Nie może pani za- przeczyć... – Proszę mnie zostawić! Proszę mnie zostawić! – wołała Anetka, wyczerpana. – Niech mnie pani nie dręczy! Nie mogę, nie mogę... Złamana, usiadła; a Noemi, stojąc przy niej, nie przestawała jej męczyć. Role były teraz odwrócone. Anetka nie chciała się wyrzec: miłość wrosła w nią zbyt głęboko. Noemi nie dbała o to: niechby Anetka zachowała swą miłość, byle nie zatrzymywała Filipa. Chciała, żeby Anetka zerwała. Natychmiast, niezwłocznie. A sposobów mogła jej podać bez liku; miała ich pełną głowę. Naciskała, schlebiała, błagała, zniewalała, całowała, ogłuszała Anetkę potokiem słów, odwoływała się do jej wspaniałomyślnego serca, prosiła, błagała, żądała, dyktowała odpowiedzi... Anetka, zimna i sztywna, nie odpowiadała ani słowem. Nie próbowała nawet wstrzymać tej powodzi. Siedziała z zaciśniętymi wargami, z ponurym wzrokiem... Wreszcie Noemi za- milkła w obliczu tego kamiennego spokoju. Ujęła ręce Anetki, zimne, wilgotne. Rzekła: – Niech pani odpowie! Niech pani odpowie! Anetka, nie patrząc na nią, szepnęła: – Proszę mnie zostawić w spokoju. (Tak cicho, że Noemi raczej wyczytała to na jej war- gach, niż dosłyszała.) – Chce pani, żebym poszła? – zapytała. Anetka przytaknęła ruchem głowy. – Odchodzę więc Ale pani przyrzekła? Anetka powtórzyła zmęczona: – Proszę mnie zostawić, proszę mnie zostawić... Muszę być sama... Noemi szybko przed lustrem poprawiła włosy i idąc ku drzwiom, powiedziała: – Do widzenia... Pani mi przyrzekła... Anetka zdobyła się jeszcze na ostatni odruch sprzeciwu: – Nie! Nic nie przyrzekłam... Noemi poczuła, że znów ogarnia ją gniew... Po tylu wysiłkach! Ale instynkt pouczył ją, że nie trzeba iść za prędko, nie trzeba zbytnio przeciągać struny. Tak czy inaczej, cios został zadany. Wyszła. Poznała słabość przeciwniczki. Zdepcze ją. *** Anetka trwała jeszcze pewien czas bez ruchu na. miejscu, gdzie zostawiła ją Noemi. Po tej długiej scenie czuła się jakby złamana. Stawiłaby silniejszy opór, gdyby ten atak nie zasko- czył jej już udręczonej podwójnym wyczerpaniem: z jednej strony namiętnością i nieprzerwa- ną pracą, ciągłą gorączką, udziałem w walkach Filipa, współżyciem z jego burzliwą duszą – z drugiej tłumionymi wyrzutami sumienia, zamkniętą w sercu udręką, przy równoczesnym zmęczeniu ciała i myśli. Ta jej bezsilność stała się siłą Noemi. Noemi znalazła teren już przy- gotowany oraz sprzymierzeńca w swojej przeciwniczce. Osoba samej Noemi małą grała rolę w troskach Anetki. Jako kobietę niezbyt ją lubiła. Jako rywalki nie lubiła jej wcale. Uważała, że jest fałszywa, perfidna, pozbawiona dobroci. I z za- zdrosną niesprawiedliwością odmawiała teraz Noemi uroku, który początkowo tak ją ujął. Wszystko w niej wydawało się Anetce sfałszowane – wszystko prócz cierpienia. I mniejsza o to, czy w grę wchodziłaby tu Noemi, czy inna kobieta! Ona jest ciałem, które cierpi – ciałem, któremu ja zadaję cierpienie... I serce Anetki drążyła dziwna litość. Ta skłonność rozwijała się. w niej w ostatnich latach pod wrażeniem nędzy ludzkiej, na którą patrzała, w zetknięciu z dwoma zgonami: śmiercią Odetki i śmiercią Rut. Pozostał w 219 niej po tym wszystkim jakiś niezrozumiały niepokój. Jakaś słabość. Uważała ją za chorobliwą i być może, że było tak istotnie. Życie stałoby się niemożliwe, gdybyśmy nie przechodzili mimo cierpień świata! Wszelkie szczęście żeruje na cierpieniu innej istoty. Życie zżera życie, jak robaki lęgnące się w swym żywym łupie. I każdy pije cudzą krew, krew wszystkich. Dawniej piła ją i Anetka, nie zastanawiając się nad tym nawet. A krew ta dawała jej ciału cie- pło i radość. Póki była młoda, nie myślała o ofiarach. Jeśli pewnego dnia pomyślawszy o nich powiedziała sobie: „Trzeba być twardą” – znaczyło to, że zaczyna słabnąć. Czuła już teraz: twardą, mogła być tylko dorywczo. Starzała się. Krzywdę, którą wyrządzała Noemi, byłaby jej dziesięć lat temu wyrządziła bez chwili wahania. „Moje szczęście jest moim prawem. Bia- da temu, kto je naruszy!... Nie potrzebowała wtedy szukać pretekstów. Obecnie, chcąc wy- drzeć życiu swoją część szczęścia, musiała doszukiwać się innych racji niż swoje własne szczęście. Nie mogła już sobie wystarczyć. Znalazła dość siły, by w pogoni za chlebem rugo- wać bez skrupułów mniej szczęśliwe rywalki; bo chleb ten był chlebem jej syna. Tu podtrzy- mywał ją zwierzęcy instynkt, który sprawia, że człowiek niby zwierzę jeży się w obronie
|
Wątki
|