Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
– Ale skąd u nich ta bezduszność, oschłość? Potraktowali Myrę tak, jak jakiegoś martwego włóczęgę znalezionego na parkingu. Nawet nie pozwolono mi jej zobaczyć. Saracen był zaskoczony, ale jednocześnie w pełni świadomy, że Archer znów jest bliski załamania. – Czy powiedzieli panu dlaczego? – spytał ostrożnie. – Stwierdzili, że została już przeprowadzona autopsja i pokazywanie mi ciała nie byłoby rzeczą „właściwą”. Tłumaczyli się jeszcze, że nie wiedzieli czy ona ma kogoś bliskiego i przygotowali ciało do kremacji. – Głos Archera zniżył się do szeptu. – Ale udało mi się ich powstrzymać. Jednym z powodów naszego powrotu do Skelmore, było to, że oboje chcieliśmy, aby pochowano nas na cmentarzu przy kościele St Clement’s. Tam, jako dzieci chodziliśmy do szkółki niedzielnej, tam wzięliśmy ślub. Wczoraj udało mi się wszystko załatwić w kościele. Saracen kiwał głową ze zrozumieniem, ale nie mógł uwolnić się od uczucia zdziwienia i zaskoczenia. Jeśli ta kobieta zmarła na zawał serca, sekcja zwłok powinna ograniczyć się do otwarcia klatki piersiowej. Nietrudno zasłonić ślad pojedynczego cięcia; potem można wystawić ciało w kaplicy przyszpitalnej. Dlaczego Archer został tak haniebnie potraktowany? Czy rzeczywiście ktoś uznał za zbyt kłopotliwe pokazanie mu ciała żony? – Z kim pan rozmawiał w Ogólnym? – Z jakimś lekarzem. Przedstawił się jako doktor Garden. – Garten – poprawił Saracen. – Tak. Właśnie tak. A więc pan go zna? – Pracuję na oddziale doktora Gartena – odparł Saracen. – Rozumiem – powiedział cicho Archer. Saracen milczał. Czekał, aż Archer oswoi się z tym, co usłyszał. Archerowi przyszło nagle na myśl, że Saracen mógł widzieć w szpitalu jego żonę. Odpowiedź lekarza rozczarowała go. – Obawiam się, że nie – mówił Saracen, zdając sobie sprawę z zawodu, jaki sprawia Archerowi. – To musiało się zdarzyć na innej zmianie. – Przywieziono ją w poniedziałek, dwunastego. Saracen potwierdził, że noc z poniedziałku na wtorek miał wolną. Z twarzy Archera zniknął ślad podniecenia. – Wiem, że to zabrzmi głupio, ale chciałbym pomówić z kimś, kto mógł się z nią widzieć już po jej przybyciu do Skelmore. Dwadzieścia trzy lata małżeństwa zakończyły się tym, że stałem w jakiejś bezdusznej instytucji trzymając w ręce plastikową torbę z kilkoma drobiazgami, które należały do mojej żony. Musiałem nawet pokwitować odbiór... – Archer zakrył twarz dłońmi przyciskając palcami przymknięte powieki. Saracen zdawał sobie sprawę z zainteresowania gospodarza rozgrywającą się przed nim sceną. Aby go uspokoić, podniósł w milczeniu dłoń, dając do zrozumienia, że wszystko jest w porządku. W tej chwili nie mógł zrobić nic, poza profesjonalną oceną sytuacji. Uznał, że Archer nie należy do ludzi, którym mogą pomóc banały typu „czas wszystko uleczy”. Przeszedł więc od razu do konkretów. – Panie Archer, pan potrzebuje pomocy – zaczął. – Ma pan na myśli pigułki, co? – odparł Archer z cieniem pogardliwego sarkazmu. – Tak jest, pigułki – potwierdził Saracen spokojnie. – Nie widzę nic wzniosłego w pogrążaniu się w rozpaczy. Pańska żona nie żyje i zachowując się w ten sposób niczego pan nie zmieni. Musi pan odpocząć, a potem podjąć wysiłek przystosowania się do nowej rzeczywistości. A w tym leki mogą być istotną pomocą. Saracen zaryzykował mocne zagranie. Czekał teraz na reakcję Archera wcale nie spodziewając się pozytywnego wyniku. Archer nie stawiał oporu. – Myślę, że ma pan rację – przyznał. – Dobrze. Czy po przyjeździe zarejestrował się pan u miejscowego lekarza? Archer odparł, że jeszcze nie i Saracen wyjaśnił mu jak ma to zrobić. Zapisał na tekturowej podstawce numer swojego telefonu domowego i telefon Pogotowia. – Jeśli będzie pan miał jakieś kłopoty, albo jeśli po prostu zechce pan z kimś porozmawiać, proszę zadzwonić – powiedział. Archer schował tekturkę do kieszeni. – Dobrze. Nie wiem jak mam panu dziękować. Tam, na krawędzi klifu, zupełnie poważnie myślałem... – Chyba wiem, o czym pan myślał – przerwał mu Saracen. – Niech mi pan pozwoli przynajmniej zapłacić za lunch – prosił Archer. Saracen protestował, ale w końcu się zgodził. Wyprawa do Gerham zakończyła się długim, spokojnym spacerem wokół przystani. Dostrzegłszy w pobliżu falochronu, wygodny, gładki kamień, Saracen przysiadł na chwilę, aby odpocząć. Nadal myślał o sprawie Archera. Trudno mu było uwierzyć, że Nigel Garten mógł potraktować męża zmarłej pacjentki w tak lekceważący sposób. Garten, jak to się często zdarza u ludzi o dość płytkiej umysłowości, odznaczał się szczególną uprzejmością w stosunku do nieznajomych. Możliwe, że relacja Archera została zdeformowana przez żal i urazę. Najprawdopodobniej jednak, prawda mieściła się gdzieś pośrodku. Lekarzowi trudno niekiedy, mimo najlepszych chęci, zdobyć się na właściwy poziom delikatności i współczucia w przypadku śmierci kogoś prawie nie znanego (a tym bardziej „martwego w chwili przybycia” – więc całkowicie nie znanego). Ludzie często zbyt wiele oczekują od lekarza. Ale Saracen uważał, że mają do tego prawo.
|
Wątki
|