mrugnie, pomaca się po rozporku i spojrzy na toaletę...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Bo przecież wszyscy mrugali, mrugali
do siebie nawzajem i pokazywali na chłopca.

Ja byłem tym chłopcem.

Ja, mylący wtedy artyzm z paleniem, mylący bycie artystą z piciem, mylący pisanie z
kurestwem, z jesienią, ze wszystkim. Był rok osiemdziesiąty ósmy. Ekspres do kawy szalał, w
uszach miałem jakieś melancholijne piosenki, na dworze zacinała jesień, pachniało palącymi
się liśćmi, pierwsze mrozy to nie jest okres przyjazny młodym chłopcom, w których budzi się
chęć życia. Po kilku koniakach zrobiło mi się niedobrze, wymiotowałem do pisuaru na
brązowo - przesłodzoną kawą i alkoholem. Ktoś wszedł za mną, powiedział przegiętym
głosem udającym przerażenie, „o Boże, ta młoda tera będzie rzygać”... Miałem jakieś
piętnaście lat. Facet z torbą i wąsami miał chyba ze trzydzieści. O czym myślałem zasłuchany
w charczenie ekspresu w ten mokry, szary dzień, gdy zamiast do szkoły poszedłem na wagary
i za pieniądze od mamy kupiłem kawę i koniak? Powiedział, że jeśli mam siłę, możemy iść do
toalety na dworcu. Że tam, jak się da babci klozetowej sto tysięcy, to można siedzieć we
dwoje w kabinie, ile się chce. Że ta babcia klozetowa ma taką specjalną kabinę z napisem
„awaria” i ją wynajmuje. Na dworze było strasznie zimno. Trząsłem się i miałem nogi jak z
waty. Palce pachniały mi papierosami, wytartymi do sucha rzygami, nerwowym potem i
perfumami. Gdy stałem w kabinie, nogi trzęsły mi się dalej, chociaż nie było już zimno. Po
wszystkim doszedł do tego smak genitaliów w ustach, coś słonego, coś lepkiego. No i ohydny
posmak papierosów, bo nie byłem przyzwyczajony do palenia. Tego dnia wymiotowałem
jeszcze kilka razy. Sweter śmierdział tak samo. Na szyi zdradziecko czerwieniły się malinki,
jak pierwsze oznaki AIDS. Trzeba to było ukrywać pod golfem, pod apaszką. Usta w
zajadach, spieczone i brudne. Facet zapytał, czy dam mu swój zegarek, bo bardzo mu się
podoba - byłem tak zdenerwowany i spięty, że bez słowa mu dałem, choć potem dopiero
przypomniałem sobie, że nie jestem jeszcze dorosły i rodzice wciąż interesują się losem
moich przedmiotów.
Tak ich poznałem. Po latach, wracając z jakiejś imprezy literackiej, spotkałem
Patrycję na dworcu. Umówiliśmy się na wywiad.
Kierownikiem Małej Ciotki była Matka Joanna od Pedałów czyli pani Jola - jedyna
prawdziwa kobieta w tym towarzystwie. Miała już jakieś sześćdziesiąt lat. Gruba, rubaszna, o
świdrujących oczkach, które ciągle mrugały, w których odbijały się twarze kolejnych roz-
mówców, z wąsami i bez, odbijały się kolejne uniesione w toaście kieliszki z koniakiem. Stała
za barem, ale nie obsługiwała, tylko piła z gośćmi, wyzywała ich od szmat i kurew, a oni ją za
to kochali. W jej oczach, zawsze już trochę przekrwionych i maślanych, odbijali się nie tylko
klienci, ale całe historie. Były tak błyszczące i szkliste, że widać w nich było zamykające się i
otwierające drzwi, ciężką czerwoną kotarę wiszącą zaraz za nimi na drągu i trzymającą
ciepło, widać też było, kto z kim, kiedy i za ile. Matka Joanna od Pedałów mogłaby napisać
księgę wrocławskiej ulicy, ba - powinna to zrobić. Powinna była pisać co dzień, firmowym
długopisem na rachunkach: historia A: dwa razy koniak, raz kawa, raz torcik truskawkowy z
galaretką, historia B: kawa i carmeny, historia C: cztery razy pięćdziesiątka żytniej, potem
jeszcze raz to samo na krechę. Gdzie teraz podziewają się rachunki z roku osiemdziesiątego
ósmego? Gdzie tamte lepkie od słodkich torcików i brudne od papierosowego popiołu
historie? Gdzie olbrzymie piersi Matki, piersi, jak luksus, nie robiące tu na nikim wrażenia,
niepotrzebne, wielki stan ponad stan? Piersi, pomiędzy którymi dyndało pewnie jakieś
bursztynowe serduszko, pijane, dobre serduszko, pełne zrozumienia dla tych wszystkich
spraw. Matka Joanna od Pedałów z uporem godnym prawdziwego maniaka uważała, że są to
sprawy sercowe. Wszystkie. I tak właśnie mówiła:
- Nie ma Dżesiki, jest w ubikacji, wygnały ją tam sprawy sercowe. - Ale Matka miała
prawo tak mówić, bo była właścicielką aż dwóch olbrzymich serc, nie licząc bursztynowego
wisiorka kolebiącego się pośrodku. Jej nalana twarz, jej pożyczanie pieniędzy, dawanie na
krechę, kupowanie kradzionych gdzieś fińskich noży i całego kramu innych rzeczy, jej
dyskretny antysemityzm, gdy przytulała którąś z ciot:
- Kochany, ty wiesz, że ja nie mam nic naprzeciwko Żydom, ale na Boga - góóól się -
gulgotała i wtulała nieogoloną twarz pomiędzy piersi. A jednak we wszystkich węszyła
Żydów. Gdy tylko odchodziłem do toalety, Matka Joanna od Pedałów mówiła:
- Przyjrzyjcie się Śnieżce... Czy nie wydaje wam się, że tak z profilu to ona jest
„aszrabachramasz”?
Ponieważ miała aż trzy serca, starczało jej na matkowanie również cinkciarzom
mieszkającym po przeciwnej stronie ulicy w kawiarni hotelu Monopol. Ze wszystkich ciot
świata cinkciarze tolerowali tylko Goldzię, czyli Piękną Helenę. Mało o niej wiem. Ubrana
zawsze w nieskazitelny garnitur, całe życie bez dowodu osobistego, który wyrobili jej dopiero
w domu starców. Wcześniej, już podupadła, mieszkała w kuchni u własnej byłej służącej.
Cinkciarze zrobili jej kiedyś jakieś pięćdziesięciolecie, Goldzia siedziała w złotej marynarce
na złotym tronie w tym nieszczęsnym Monopolu, ale innych ciot nie było, bo nie miały tam
wstępu.
W każdym razie cinkciarze z wyraźnym obrzydzeniem wchodzili w opary Małej
Ciotki, zwabiały ich jednak interesy. Matka skupowała od nich złoto i stanowiła coś w
rodzaju jednoosobowego skrzyżowania lombardu z kantorem. Stojąc przy wysokim barku,
cinkciarze wstydzili się swoich torebek, tak zwanych pederastek, przenosili ciężar ciała z jed-
nej nogi na drugą, a nogi te obleczone były nieodmiennie w kolorowe ortalionowe dresy i
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.