Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
- Musiał wyciachać pieprzone gówno ze wszystkich, co tam byli. - Pieprzony skurwysyn, własną matkę, człowieku. Gdzie wsadził ten nóż? - Cullen, chodź. Jedźmy do nas. Zaczęłyśmy odsuwać się od barierek, kiedy Alvin krzyknął: - Pani James! Hej! Jego podekscytowany wrzask owinął mnie jak lasso. Zamarłam w pół kroku, ale nie mogłam zdobyć się na to, aby się odwrócić i spojrzeć na niego. - Jak leci, pani James? Jak tam dziecko? Podszedł do mnie mężczyzna w narciarskiej kurtce i pokazał mi swoją policyjną odznakę. Wyglądał na miłego faceta. Usłyszałam, jak trzasnęły za mną drzwiczki i rozległ się jęk syreny. - Czy zechciałaby pani chwilkę ze mną porozmawiać? - Powiedzieć panu coś dziwnego? Po jednej z ostatnich rozmów z Alvinem przyszłam właśnie tutaj, na filiżankę kawy. Siedzieliśmy w Emporium Lodów Marinucciego. Policjant nazywał się Gabe Flossman, a jego miękki głos spowijał chropawy, nowojorski akcent. - Na ile go pani znała, pani James? Czy kiedykolwiek zaprosiła go pani do siebie, czy coś takiego, a może była pani u niego? Nieświadomie zadrżałam. - Nie, nic z tych rzeczy. Byliśmy po prostu znajomymi z holu, wie pan o czym mówię? „Dzień dobry. Jak się czuje pański pies?” Nic ponadto. - I mówi pani, że pies nazywa się Pętelka? - Spojrzał na swoje karteluszki. Zdziwiłam się, widząc, jak wiele do tej pory zapisał. Przytaknęłam, a potem pokręciłam głową, próbując usunąć napięcie, które usadowiło się pośrodku mojej szyi. Flossman odłożył ołówek i wyjrzał przez okno. - Tak, psze pani, to miasto staje się prawdziwym ulem wariatów. Kiedy wstąpiłem do policji, będzie ze dwanaście lat temu, zdarzało się, że jakiś wariat robił coś takiego raz na parę miesięcy. Do tego trzeba dorzucić parę horrorków Mafii i otrzymujemy, no, nie wiem, może z dziesięć albo dwanaście naprawdę brzydkich morderstw na rok. Ale teraz, do diabła, tak jakby każdej nocy jakiś świrus szedł w tango i każdej nocy dzieje się coś nowego. W zeszłym tygodniu przy Osiemdziesiątej Czwartej ulicy! Jakaś baba wściekła się na swojego niemowlaka i ukrzyżowała biedactwo na drzwiach łazienki. Naprawdę, może to sobie pani wyobrazić? Na to trzeba mieć sporą wyobraźnię, co? I wie pani co jeszcze? W tym mieszkaniu miała chyba z dziesięć różnych krucyfiksów. Złote, z lampką w środku... jak oni to wszystko wymyślają? Przerażona, nie mogłam zatrzymać swego umysłu, który wyświetlał mi obraz Mae ukrzyżowanej na ścianie naszego mieszkania. Serce rozkołatało mi się w piersi. Zamknęłam oczy i nakazałam sobie spokój. Biorąc głęboki oddech, mocno splotłam ręce i spojrzałam na Flossmana. - Co teraz będzie z Alvinem? - Zostanie oskarżony, znajdą mu adwokata, a potem zapewne wyślą go do Bellevue na obserwację. Dobrze się pani czuje, Pani James? Wygląda pani trochę blado. Tydzień później Dan oglądał w telewizji wyścigi Formuły Jeden. Kręciłam się bezowocnie po mieszkaniu w towarzystwie zbyt głośnego ryku silników samochodowych, dobiegającego z telewizora. Wychodząc z kuchni, stanęłam dokładnie naprzeciw ekranu, kiedy jeden z samochodów, prowadzony przez Kolumbij-czyka o nazwisku Pedro Lopez, wyleciał z toru, uderzył w bandę i eksplodował. Zamarłam w przejściu, niezdolna oderwać wzroku od płonących szczątków auta wzlatujących w górę i rozsypujących się po całym torze. - Już po nim - szepnął Danek swym najcichszym, najsmutniejszym głosem. W ciągu następnych kilku minut nastąpił pokaz niezwykłej odwagi. Mężczyźni, jedni w ognioodpornych kombinezonach, inni tylko w szortach i podkoszulkach, biegli w kierunku ognia. Niektórzy mieli gaśnice, inni nic prócz rąk i nadziei. Zupełnie nie zwracali uwagi na szalejące płomienie i niebezpieczeństwo, które czaiło się wokoło. Walczyli z ogniem, przedzierali się przez płomienie ku nieszczęśliwcowi, którego całkowicie nieruchomą sylwetkę wciąż było widać w tym, co zostało z kabiny jego auta. Komentator próbował zachować spokój, ale widok umierającego w płomieniach kierowcy nawet u profesjonalisty wywołał drżenie głosu, który w końcu przycichł prawie do szeptu. Po kilku sekundach uświadomiłam sobie, że stoję powtarzając: - Nie umieraj. Nie umieraj. Wreszcie stłumili ogień gaśnicami, które wypluwały chemiczne dymy i pokrywały wszystko kredową, martwą bielą. Na torze wylądował helikopter i sanitariusze biegli z noszami oraz lekarskimi torbami. - Nie umieraj. Nie umieraj. - To była litania, zaśpiew, który tylko ja słyszałam. Jestem tego pewna, bo Danek ani razu nie odwrócił się, gdy to mówiłam. Spiker powiedział, że Lopez miał dwadzieścia cztery lata i to był jego pierwszy sezon w wyścigach Formuły Jeden. Uwolniono go z wraku samochodu, ułożono na noszach i odwieziono helikopterem do szpitala. Danek wyłączył telewizor i czekaliśmy tak w jego chłodnym, zanikającym poblasku na coś, co, jak wiedzieliśmy, było niemożliwe - na życie tego człowieka. Tego dnia wieczorem sprawozdawca sportowy mówił o wyścigu i zbyt wiele razy pokazywał scenę wypadku. Pokazał zdjecie uśmiechniętego Lopeza, mówiąc, że ciągle żyje, ale jest W stanie krytycznym. To cud, że przeżył tak długo, lekarze nie (jgwali mu prawie żadnych szans. Położywszy się do łóżka, pomodliłam się za niego. Od lat odmawiam Modlitwę Pańską każdego wieczoru, zanim zasnę, ale rzadko modlę się o kogoś lub o coś w szczególności. Jestem przekonana, że Bóg istnieje, ale nie musimy mu mówić, jak ma prowadzić swoje przedstawienie. On wie. Tym razem jednak prosiłam, aby Lopezowi dane było zachować życie. W ronduańskim śnie, który po tym nastąpił, wszyscy staliśmy u podnóża góry, wpatrując się z niedowierzaniem w małą martwobiałą rzecz, która wyglądała jak kawałek drewna wyrzuconego przez wodę na brzeg. Pan Trący odwrócił się do mnie i powiedział podnieconym, nieomal łamiącym się głosem: - Miałaś rację, Cullen. Oto jest! Idź i podnieś ją! - Co to jest, Mamo? - Głos stojącego tuż za mną Pepsi nagle wydał się odległy i przestraszony.
|
Wątki
|