Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Minione doświadczenia z agencyjnymi zawodnikami wagi ciężkiej i umiejętność rozpoznawania kłopotów, gdy stanie się z nimi twarzą w twarz, powiedziały oficerowi bezpieczeństwa, że stojący przed nim człowiek prawdopodobnie jest kimś więcej niż tylko 42 zwyczajnym pracownikiem biblioteki. Kierując się dobrze rozwiniętym instynktem samozachowawczym i osobistą maksymą „kiedy są wątpliwości, zostaw człowiekowi jego jaja", dyplomatycznie powtórzył swoje żądanie w formie naglącej prośby. Danning, udobruchany do pewnego stopnia, parsknął pogardliwie i podążył z trzema mężczyznami korytarzem do windy. 11 Alfred Palmer nie był szpiegiem; był łapaczem szpiegów. Jego podstawowym obowiązkiem, jako szefa kontrwywiadu CIA, było zapobieganie penetracji oraz udaremnianie i demaskowanie działań, mających na celu dezinformowanie Firmy. Było to zajęcie, które zobowiązywało Palmera do podejrzliwości nawet w stosunku do najbliższych kolegów i, ze względu na swą naturę, prowadziło do pogłębiającej się izolacji oraz przebywania w świecie pełnym podejrzeń, zdrady i konspiracji. Taką robotę mógł wykonywać człowiek o wyrafinowanej inteligencji, zdolny do drobiazgowej analizy wszystkich aspektów operacji agencyjnych bez popadania w otchłań paranoi. Kontrwywiad rzeczywiście był „pustynią luster" - określenie to wymyślił genialny mroczny książę i legendarny były szef kontrwywiadu, James Angleton. Jego trwająca trzy dekady kariera legła w gruzach zaraz po tym, jak nieopatrznie przekroczył krawędź i został poproszony o złożenie rezygnacji przez ówczesnego dyrektora Centralnej Agencji Wywiadowczej - Williama E. Colb'ego. Palmer tańczył na krawędzi od ośmiu lat i wiedział, że kiedyś też musi stracić równowagę. Jego dotychczasowe sukcesy w głównej mierze zależały od umiejętności znajdywania właściwej nici prowadzącej do rozwiązania tajemnic i skomplikowanych operacji prowadzonych przeciwko CIA. Intuicyjna inteligencja pozwalała mu rozpoznać, gdzie nici mają swój koniec i powstrzymywała go od zatracenia się w narastającej spirali podejrzeń. Palmer żył i rozwijał się dzięki rozwiązywaniu łamigłówek i zagadek. Był prawdziwym profesjonalistą i kochał swoją pracę. Z natury chłodny i wyrachowany, cechował się jednak wrodzoną nieśmiałością i pewnym rodzajem towarzyskiej niezdarności. Jego zachowanie zwodziło tych, którzy go nie znali - nie przypuszczali oni, że tuż za fasadą kryje się ostra, przenikliwa inteligencja. Ci, którzy go oceniali zbyt nisko, szybko tego żałowali. Palmer przywitał oburzonego Danninga uściskiem dłoni, o którym Dan-ning zawsze myślał, że bardziej przynależy biskupowi: gdy ich prawe ręce łączyły się, Palmer kładł lewą na wierzchu, unieruchamiając zaciśnięte dłonie. Taki wariant tradycyjnego przywitania według Danninga był zbyt obłudny i poufały. Towarzyszył mu zazwyczaj stały kontakt wzrokowy i szczery monolog, wygłaszany w odległości nie większej niż pięć centymetrów od twarzy słuchacza, czyli mniejszej, niż było to konieczne. Zwalniając uścisk i odrywając oczy od twarzy Danninga, Palmer błysnął kordialnym uśmiechem. Ledwo uchwytnym skinieniem nakazał trzem oficerom bezpieczeństwa, aby zaczekali w przedpokoju, a sam wprowadził Danninga do gabinetu. - Więc to ty jesteś tym oskarżonym - zaczął, grając w otwarte karty i dając do zrozumienia, że - od kiedy zobaczył starego wojownika eskortowanego do swego biura - traktuje sprawę całkiem poważnie. Przypomniał sobie, jak ktoś mu opowiadał, że Danning pracuje nad książką o OSS i natychmiast połączył oderwane fragmenty w wiarygodny i możliwy do przyjęcia scenariusz. - Co u ciebie, Peter? - Przed kilkoma minutami wszystko było całkiem dobrze. O co ci chodzi, Alfredzie? Danning znał szefa kontrwywiadu z czasów, gdy ten był młodym oficerem operacyjnym na placówce w Pradze, a on - jego szefem. Palmer dał się poznać z dobrej strony w napiętej 43 atmosferze, towarzyszącej interwencji wojsk Układu Warszawskiego w sierpniu 1968 roku. Danning uważał go za kompetentnego i przenikliwego oficera wywiadu. Palmer posiadał cechy, jakich można się spodziewać po absolwencie Pricetown, pochodzącym ze starej nowoangielskiej rodziny, który jest związany z Firmą od dwudziestu siedmiu lat. - Zaciekawiło mnie twoje zainteresowanie operacją WĘDKA - powiedział Palmer. - Zaciekawiło? Myślę, że przysłanie trzech neandertalczyków, którzy mnie porywają, nieco wykracza poza zwykłą ciekawość. - Pewnie przedobrzyli, za co przepraszam. Siadaj, Peter. - Szef kontrwywiadu wskazał dwa fotele i kanapę, zgrupowane po jednej stronie biurka. Palmer wybrał kanapę, Danning zajął miejsce w stojącym naprzeciwko fotelu. - Powiedz mi, jak ci idzie książka? I jak pasuje do niej WĘDKA? - Książka idzie mi dobrze, a WĘDKA, cokolwiek to jest, wcale do niej nie pasuje. Natknąłem się na tę nazwę po raz pierwszy, gdy próbowałem uzyskać dostęp do archiwalnych danych o człowieku nazwiskiem Heinz Strasser.
|
WÄ…tki
|