miast ciągle tylko Filipa w nagich ramionach tej młodej kobiety...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Nie wypierała się bynajm-
niej. Ona go kocha, skoro mu chce oszczędzić zmartwienia z powodu niewierności. Wszystko
było skończone, zupełnie skończone. Odetchnął głęboko i przygnieciony potwornym cięża-
rem rozejrzał się po pokoju.
Wracały teraz wspomnienia. Wesołe noce w Mignotte, godziny pieszczot, gdy czuł się jej
dzieckiem, a potem rozkosze kradzione w tym pokoju. Nigdy już tego nie będzie! Był za ma-
ły, nie dojrzał w porę. Jego miejsce zajął Filip, bo miał już zarost. Musi więc skończyć z
wszystkim, nie może tak dłużej żyć. Myślał o swoim grzechu z ogromną tkliwością i zmy-
słowym ubóstwieniem, które pochłaniało całą jego istotę. Jak mógłby o tym wszystkim za-
pomnieć, skoro jego brat przy niej zostanie? Jego brat ─ a więc jego krew, drugie ja ─ które-
go rozkosze wywoływały w nim wściekłą zazdrość. Znalazł się u kresu wytrzymałości i za-
pragnął umrzeć.
Wszystkie drzwi były otwarte pośród rwetesu i rozprzężenia służby, która widziała, jak pani
wychodziła pieszo. Na dole piekarz śmiał się z Karolem i Franciszkiem na ławce w westybu-
lu. Gdy Zoè przechodziła przez salon, zaskoczyła ją obecność Jerzego, więc spytała, czy cze-
ka na panią. Tak, czeka na nią, bo zapomniał dać jej odpowiedź w jednej sprawie. A gdy zo-
stał sam, zaczął czegoś szukać. Nie znajdując niczego innego, wziął z gotowalni bardzo ostro
zakończone nożyczki, którymi Nana się posługiwała w ciągłej manii skubania czegoś na so-
bie, obcinania naskórków i włosów. Przez godzinę czekał cierpliwie z ręką w kieszeni, zaci-
snąwszy nerwowo palce na nożyczkach.
─ Pani już idzie ─ rzekła wracając Zoè, która widocznie czatowała na nią w oknie sypialni.
Przez chwilę słychać było w pałacu bieganinę. Śmiechy ucichły, drzwi się pozamykały. Je-
rzy usłyszał, jak Nana płaciła piekarzowi, załatwiając sprawę szorstkim głosem. Potem poszła
na górę.
194
─ Jak to! Jeszcze tutaj! ─ powiedziała, gdy go zauważyła. ─ Ach, kochasiu, bo się pogniewamy!
Szedł za nią do sypialni.
─ Nano, chcesz mnie poślubić?
Lecz ona wzruszyła ramionami. To było tak głupie, że już nie odpowiedziała. Zamierzała po
prostu zatrzasnąć mu drzwi przed nosem.
─ Nano, chcesz mnie poślubić? Pchnęła drzwi, które Jerzy natychmiast otwarł jedną ręką, a
drugą wyciągnął z kieszeni nożyczki i gwałtownym ruchem wbił je sobie w pierś. Nana wy-
czuła, że stało się jakieś nieszczęście, więc odwróciła się. A gdy zobaczyła, że się zranił,
krzyknęła oburzona:
─ Jakiż on głupi! Ależ on głupi! l w dodatku moimi nożyczkami... Zostaw to, łobuzie!...
Ach, Boże! Ach, Boże!
Była przerażona. Chłopiec, upadłszy na kolana, żgnął się jeszcze raz i osunął na dywan.
Upadł zagradzając próg sypialni. Nana zupełnie straciła głowę krzycząc z całych sit i nie ma-
jąc odwagi, by przestąpić to ciało, które ją odgrodziło i nie pozwalało biec po pomoc.
─ Zoè! Zoè! Chodźże... Każ mu z tym skończyć. Jakiż głupi jest taki dzieciak!... Zabija się, i
w dodatku u mnie! Widział to kto!
Bała się go. Był bardzo blady i miał zamknięte oczy. Rana prawie wcale nie krwawiła, wi-
dać było tylko cienką plamę krwi pod kamizelką. Już się zdecydowała przejść przez ciało,
gdy nagle cofnęła się na widok dziwnej zjawy. Na wprost niej, przez szeroko otwarte drzwi
salonu kroczyła stara dama. Z przerażeniem poznała w niej panią Hugon; nie mogła sobie
wytłumaczyć jej obecności. Cofała się, ciągle jeszcze w rękawiczkach i kapeluszu. Tak bar-
dzo się wystraszyła, że zaczęła się bronić wyjąkując:
─ Proszę pani, to nie ja, przysięgam... On chciał mnie poślubić, powiedziałam, że nie, więc
się zabił.
Pani Hugon, w czerni, zbliżała się powoli; twarz w aureoli siwych włosów miała bladą. W
powozie nie myślała już o sprawie Jerzego, gdyż znowu pochłonęło ją całkowicie przestęp-
stwo Filipa. Przyszło jej na myśl, że ta kobieta mogłaby złożyć wobec sędziów wyjaśnienia,
które by ich poruszyły; i zamierzała ją błagać, by zeznawała na korzyść jej syna. Na dole
drzwi pałacu były otwarte. Mając chore nogi, wahała się, czy wejść na schody, lecz słysząc
przeraźliwy krzyk zdecydowała się jednak pójść na górę: jakiś mężczyzna leżał na podłodze z
czerwoną plamą na koszuli. Był to Jerzy, jej drugie dziecko.
Nana powtarzała głupio:
─ Chciał się ze mną ożenić, powiedziałam „nie”, więc się zabił. Pani Hugon nawet nie
krzyknęła, tylko się pochyliła. Tak, to był Jerzy. Jeden syn zniesławiony, drugi zamordowany.
Zmartwiała wobec tak potwornej klęski. Zapominając, gdzie się znajduje, klęcząc na dywanie
i nikogo nie widząc, wpatrywała się w twarz Jerzego. Nasłuchiwała z ręką na jego sercu. Wy-
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.