Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
- Niech pan wejdzie. Panna Hollmann śpi, mam czas. Hasse trzymał w ręku list. Wyglądał przy tym jak człowiek, który dostał postrzał, ale łudzi się, że to tylko uderzenie. - Najlepiej, żeby pan sam to przeczytał - rzekł podając mi list. - Pił pan już kawę? Potrząsnął głową. - Niech pan przeczyta list. - Dobrze, ale tymczasem może pan się czegoś napić... Wyszedłem z pokoju i kazałem Frydzie przynieść kawę. Potem przeczytałem list. Pochodził od pani Hasse i zawierał tylko parę linijek. Zawiadamiała go, że oczekuje jeszcze czegoś od życia. Dlatego nie wróci. Jest ktoś, kto rozumie ją lepiej niż mąż. Wszelkie próby z jego strony nie mają celu - nie wróci pod żadnym pozorem. I dla niego takie rozwiązanie jest najlepsze. Nie będzie się już martwił, czy jego pensja wystarczy, czy nie. Wzięła ze sobą część rzeczy - po resztę przyśle przy okazji. Był to jasny i rzeczowy list. Złożyłem go i oddałem Hassemu: Spojrzał na mnie, jak gdyby wszystko zależało ode mnie. - Co powinienem zrobić? - Przede wszystkim niech pan wypije filiżankę kawy i przekąsi coś. Nie ma celu biegać po pokoju i szarpać sobie nerwy. Potem zastanowimy się. Musi pan się opanować, wtedy na pewno poweźmie pan najrozsądniejsze postanowienie. Wypił posłusznie filiżankę kawy. Ręka mu drżała. Nie mógł nic zjeść. - Co mam teraz zrobić? - spytał raz jeszcze. - Nic. Poczekać. - Wykonał jakiś niewyraźny ruch. - A co by pan chciał zrobić? - Nie wiem. Nie mogę tego wszystkiego pojąć. Milczałem. Trudno było doradzić coś temu biedakowi, można go było tylko uspokoić, na resztę musi sam znaleźć receptę. Zapewne nie kochał już żony - ale przywykł do niej, a dla takiej buchalteryjnej duszy przyzwyczajenie mogło znaczyć więcej niż miłość. Po chwili zaczął coś zawile opowiadać, widać było, jak straszliwie szamoce się ten człowiek. Z kolei zaczął robić sobie wyrzuty. Nie powiedział ani jednego słowa przeciw żonie. Usiłował wszelkimi sposobami wmówić w siebie, że wina leży po jego stronie. - To wszystko, co pan mówi, Hasse, nie ma najmniejszego sensu. W tego rodzaju sprawach nie może być mowy o winie czy niewinności. Pańska żona odeszła od pana, a nie pan od niej. Nie widzę powodu, dlaczego miałby pan sobie robić wyrzuty. - A jednak - powtórzył patrząc na swoje ręce. - Nie umiałem... nie udało mi się... - Co? - Po prostu nie powiodło mi się. To wina człowieka, jeżeli nie umie sobie poradzić. Patrzyłem ze zdziwieniem na małą, zbiedzoną postać, zatopioną w czerwonym pluszowym fotelu. - Hasse - powiedziałem spokojnie po chwili - to może stanowić najwyżej powód, ale nie winę. Poza tym dotychczas radził pan sobie jakoś. Potrząsnął energicznie głową. - Nie, nie, doprowadzałem żonę do szaleństwa wieczną trwogą przed wypowiedzeniem. A poza tym rzeczywiście nie umiałem sobie poradzić. Cóż ja jej mogłem ofiarować? Nic... Zatonął w otępieniu. Wstałem, żeby przynieść flaszkę koniaku. - Niech pan się napije, nie wszystko jeszcze stracone. Podniósł głowę. - Nie wszystko jeszcze stracone - powtórzyłem. - Człowieka traci się dopiero wtedy, kiedy umarł. Przytaknął spiesznie i sięgnął po kieliszek, ale odstawił go nie napocząwszy. - Wczoraj zostałem kierownikiem biura - rzekł cicho. - Naczelnym buchalterem i szefem biura. Powiedział mi o tym wieczorem nasz prokurent. Mianowali mnie na to stanowisko, bo w ostatnich miesiącach zawsze przesiadywałem po godzinach pracy. Połączono dwa biura. Tamten kierownik został zwolniony. Będę dostawał o pięćdziesiąt marek więcej. - Spojrzał na mnie z wyrazem rozpaczy. - Czy sądzi pan, że zostałaby przy mnie, gdyby wiedziała o tym? - Nie. - Pięćdziesiąt marek więcej. Mógłbym je dawać żonie. Mogłaby sobie za to coś kupować. A na książeczce oszczędnościowej mam przecież tysiąc dwieście marek! Po co ja tak ciułałem? Chciałem mieć dla niej coś na czarną godzinę. A ona odeszła ode mnie dlatego, że oszczędzałem na ten cel. Zapatrzył się znowu przed siebie. - Hasse, wydaje mi się. że to wszystko ma znacznie mniej ze sobą wspólnego, niż pan przypuszcza. Nie powinieś pan w ogóle grzebać się w tych rozmyślaniach. Musi pan wziąć się w garść i przetrzymać najbliższe, dni. Wtedy zrozumie pan lepiej, co robić. Być może, że pańska żona zjawi się już dzisiaj wieczorem albo jutro w domu. Przecież ona także rozmyśla nad tym wszystkim, podobnie jak pan. - Nie, ona nie wróci. - Tego pan nie może przewidzieć. - Gdyby jej można było powiedzieć, że podwyższono mi pensję, że moglibyśmy wziąć urlop i za zaoszczędzone pieniądze odbyć jakąś podróż... - To wszystko będzie jej pan mógł powiedzieć. Ludzie nie rozstają się przecież w ten sposób. Dziwiłem się, że Hasse nie bierze zupełnie w rachubę innego mężczyzny. Ale widocznie jeszcze nie potrafił tego ogarnąć myślą. Zdołał tylko pojąć, że jego żona uciekła; wszystko poza tym leżało jakby przesłonięte niewyraźną mgłą. Chętnie bym mu powiedział, że za parę tygodni będzie może błogosławił los za to, że jego żona sobie poszła - ale wydawało mi się, że przy jego zgnębieniu tego rodzaju słowa musiałyby brzmieć zbyt brutalnie. Dla zranionych uczuć prawda jest zawsze czymś brutalnym, niemal nie do zniesienia. Rozmawiałem z nim jeszcze chwilę - tylko po to, żeby mógł się wygadać. Nie wskórałem nic: kręcił się ciągle w kółko, ale odniosłem wrażenie, że się nieco uspokoił. Wypił także kieliszek koniaku. Nagle usłyszałem, że Pat mnie woła ze swego pokoju. - Chwileczkę! - rzekłem wstając z fotela. - Tak - odpowiedział jak grzeczny chłopaczek, podnosząc się także z krzesła. - Niech pan zostanie, ja zaraz wrócę. - Proszę mi wybaczyć... - Zaraz wrócę - powiedziałem wchodząc do pokoju Pat. Siedziała na łóżku, wyglądała świeżo i radośnie. - Cudownie spałam, Robby! Pewnie już południe. - Spałaś dokładnie godzinę - rzekłem pokazując jej zegarek. Spojrzała na tarczę. - Tym lepiej, mamy więc moc czasu dla siebie. Zaraz wstanę. - Doskonale. Za dziesięć minut wrócę. - Jest ktoś u ciebie? - Hasse. Ale to nie potrwa długo.
|
Wątki
|